Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szlak niebieski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szlak niebieski. Pokaż wszystkie posty
Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

niedziela, czerwca 28, 2026

Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

Cześć i czołem!

Chyba każdy przyzna mi rację, że wiosną i latem szczególnie kusi, by ruszyć na szlak albo w ogóle... ruszyć gdziekolwiek przed siebie i nacieszyć zmysły wszędobylskim pięknem natury. Możliwości zazwyczaj jest sporo: jedni żyją nieopodal mazurskiej Krainy Tysiąca Jezior, drudzy mają do dyspozycji rozległe, niezwykle malownicze i sielankowe równiny, ktoś byle kiedy wyskoczy na wyczerpujący spacer po bałtyckich plażach, a jeszcze inni, w tym ja, na wyciągnięcie ręki mają kolorowe plątaniny górskich szlaków. Majowe, czerwcowe i lipcowe dni trwają nawet po 17 godzin, więc będąc w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i organizując dobrze wolny czas długie wędrówki mogą stać się najcudniejszym elementem codzienności.

Po kilku trasach, które zdążyłem już na tym blogu opisać, raczej nikt nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie o moje ukochane pasmo górskie. Beskid Wyspowy, jeśli ktoś jeszcze by nie wiedział, skradł moje podróżnicze serce już ponad 2 lata temu i absolutnie nie zanosi się na jakiekolwiek zmiany w tym temacie. Jednym z atutów szwendania się po beskidzkich wyspach (i też jedna z rzeczy, które naszą platoniczną przyjaźń ostatecznie przypieczętowało) jest stosunkowo niewielka odległość z południa Krakowa w którym pracuję oraz z Pogórza Wielickiego na którym mieszkam. Godzina, w porywach do półtorej, w zupełności wystarczają, by dotrzeć pod niemal wszystkie góry Beskidu Wyspowego. 

Podsumowując, w sprzyjających okolicznościach, które trafiają się nawet często, wiosenno-letnie popołudnia, czy to po pracy, czy to po obiedzie lub meczu tenisowym (wkrótce pojawi się na blogu i taka opowiastka), jestem w stanie spędzić na beskidzkich szlakach. I dzisiaj pierwsza z co najmniej kilku takich tras...




Każdy, kto chociaż raz wniknął w tkankę Beskidu Wyspowego, być może natknął się na miasto o całkiem uroczej nazwie: Limanowa. Pokonując główne arterie tej kilkunastotysięcznej stolicy powiatu, ciężko przegapić dwie, całkiem wysokie i wiecznie ciemnozielone kopuły górujące nad okolicą. Jedną z nich, tą z lewej, wieńczy duży krzyż, który może przywoływać na myśl tatrzański Giewont. Czy słusznie? Na to pytanie spróbujcie sobie odpowiedzieć w dalszej części wpisu...

Nazwy opisywanej pary kolejnych wyspowych bohaterek widzicie już dobrze w tytule postu oraz na środku pierwszego ze zdjęć. Łysa oraz Miejska Góra wchodzą w skład Pasma Łososińskiego, stanowiącego północno-wschodni kraniec Beskidu Wyspowego. Tamtejszymi zboczami biegną szlaki z Limanowej, Łososiny Górnej, Laskowej oraz Skrzętli-Rojówki, których zróżnicowana długość i intensywność pozwalają na planowanie całodziennych, jak i krótszych, ale naprawdę konkretnych tras (idealnych właśnie na takie popołudniowe szaleństwo).

Trochę się rozpisałem w tym wstępie, ale już trudno! W drogę!


Zdobywanie Łysej Góry oraz Miejskiej Góry zaczynamy na Molówce, a dokładniej na przełęczy oddzielającej wspomniane wierzchołki z pozostałą częścią Pasma Łososińskiego. Samochód zostawiamy przy sporej zatoce, będącej jedną z pozostałości po niegdyś prężnie działającej stacji narciarskiej, Limanowa-Ski. Od razu mówię, że tym razem niezmotoryzowani będą mieli kłopot z dostaniem się na to konkretne miejsce startu.

Współrzędne postoju: 49.723493, 20.457658


Na Miejską Górę (a potem także i na Łysą Górę) można wejść także niebieskim szlakiem od strony centrum Limanowej. Po opis tej trasy odsyłam na mojego drugiego bloga, gdzie opisałem wszystkie trasy w ramach Korony Beskidu Wyspowego.



Opuszczając parking kierujemy się szeroką ścieżką w kierunku zachodnim. Niemal od razu w oczy rzuca się bezdrzewny pas na północnym zboczu Łysej Góry, który do końca 2024 roku pełnił rolę głównej trasy zjazdowej stacji narciarskiej Limanowa-Ski. Coraz łagodniejsze i cieplejsze zimy, a co za tym idzie coraz wyższe koszty utrzymania inwestycji, doprowadziły do zamknięcia kompleksu. W ostatnich miesiącach zdemontowano tamtejsze wyciągi, a także kolej krzesełkową, więc na wielki powrót miłośników szusowania chyba nie ma już co liczyć...

Zdawać by się mogło, że po zamknięciu stacji narciarskiej na Łysej Górze dalszy żywot tego wspomnianego powyżej bezdrzewnego pasu straci jakikolwiek sens. Jak się jednak okazuje, nic bardziej mylnego! Zaraz przed wejściem do lasu opuszczamy wygodną, dobrze ubitą drogę, by zmierzyć się z "piekielnie trudnym wejściem" i ponoć tysiącem schodów prowadzących na wierzchołek pierwszego z dwóch celów wędrówki.

"Piekielnie trudne wejście" to nic innego jak wątpliwej jakości schody biegnące stromo nachylonym stokiem w kierunku wierzchołka Łysej Góry. Czy tych schodów jest faktycznie tysiąc? Na pierwszy rzut oka raczej nie. Mimo to, podejście potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty, o czym przekonałem się na własnej skórze.

Co jakiś czas mijamy tabliczki, które w żartobliwy sposób dopingują tych wszystkich śmiałków. Ta widoczna na zdjęciu była jedną z grzeczniejszych w przekazie ;)

Wściekle łopoczące serce i wodospad potu na czole każą robić częste przerwy. Odwracając się dostrzegamy jasnozielone kształty Sarczyna (po lewej) oraz Sałasza Zachodniego (po prawej), ale też zauważamy stromiznę jaką już udało się nam pokonać!

Muszę stwierdzić, że pokonanie tych momentami powykrzywianych, powyłamywanych stopni było nie lada wyzwaniem. Pokiereszowane upływającym czasem wejście dało jasno do zrozumienia, że swoje lata młodości, swoje lata świetności ma już dawno, dawno, dawno za sobą. Ale nic, schody pokonane, idziemy dalej! Po wdrapaniu się na górny poziom dawnej stacji narciarskiej skręcamy w prawo i kierujemy się na leśną, słabo oznaczoną ścieżynkę za widocznym na zdjęciu blaszakiem.

Jakieś 100-200 metrów dalej docieramy pod tabliczkę znaczącą najwyższy punkt Łysej Góry. Wierzchołek ten znajduje się na liście odznaki "102 Wysp Beskidu Wyspowego", więc pamiętajcie zdobywcy o zeskanowaniu kodu QR i zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia z ów tabliczką.

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i chwili przerwy na śledzenie niezwykle wdzięcznie fruwającego pazia królowej kontynuujemy przejście w kierunku Miejskiej Góry. Z pomocą żółtych oznaczeń oraz ścieżki wijącej się stromo nachylonym zboczem (po opadach tamtejsze zejście może być wyjątkowo zdradzieckie ze względu na zalegające błoto!) schodzimy na przełęcz oddzielającą obie wyspy.

Po zejściu z Łysej Góry docieramy na jedno z co najmniej kilku skrzyżowań żółtego i niebieskiego szlaku.

Na ów skrzyżowaniu idziemy prosto, zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku.

Dojście na Miejską Górę to pikuś w porównaniu z figlami płatanymi przez nieco wyższą sąsiadkę. Spokojnym i pewnym tempem pokonujemy kolejne metry i zbliżamy się do drugiego celu. Ale, ale! Za łatwo też być nie może! Powalone drzewo tylko czeka na żądnych przygód turystów ;)

Żółte oznaczenia towarzyszą nam już do samego zdobycia Miejskiej Góry.

Po wejściu na nieco szerszą dróżkę mijamy ostatnią stację drogi krzyżowej, której trasa biegnie innym fragmentem żółtego szlaku, a konkretnie od ulicy Kasprowicza w Limanowej. Wchodząc na Miejską Górę od strony centrum miasta warto tamtędy się przejść i odkryć uroki pozostałych czternastu kapliczek...

Wyjście z lasu i widoczny na horyzoncie krzyż oznaczają jedno... Miejska Góra już tuż tuż!

Przerzedzenie lasu i genialny widok na calusieńką kopułę Kostrzy zwiastują same piękne rzeczy! Na przełomie wiosny oraz lata zieleń przybiera najwspanialsze odcienie, uwielbiam ten moment w roku!

Jak się okazało, nieopodal wierzchołka Miejskiej Góry kwitną... storczyki! W momencie, gdy łąki zamieniają się w wielobarwne, kwiatowe dywany, lubię kukać to tu, to tam i odszukiwać takie perełki. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo dziko rosnących storczyków i chyba nie muszę zbyt długo opowiadać o mojej ekscytacji związanej z takim ekstra znaleziskiem! Niby mała rzecz, a mnie cieszy do teraz! A co to za gatunek konkretnie? Niby obstawiam storczyka kukawkę lub storczyka męskiego, ale specjalistą w rozpoznawaniu tych kwiatów absolutnie nie jestem!

Z uśmiechem od ucha do ucha docieramy do drugiego celu popołudniowej włóczęgi. Wierzchołek Miejskiej Góry, zwanej także Chłopską, może się poszczycić obecnością wysokiego na 37 metrów Krzyża Jubileuszowego, który od niemal 30 lat stanowi jeden z najważniejszych symboli okolicy. Historia postawienia konstrukcji wiąże się z jubileuszem roku 2000, a więc z momentem wejścia ludzkości w nowe, trzecie tysiąclecie. Od tamtego czasu Miejską Górę nazywa się także "limanowskim Giewontem".

Podstawę krzyża tworzy niewielki taras widokowy, który pozwala pozachwycać się pięknem niemal całej Limanowszczyzny i dalej Beskidu Wyspowego. Przy dobrej widoczności można dostrzec także gorczańskie oraz, co najważniejsze, tatrzańskie szczyty! Chłonięcie tych beskidzkich impresji trochę zajmuje, ale tutaj wyjątkowo nie ma gdzie się spieszyć.

Po zejściu z tarasu widokowego siadamy na jednej z kilkunastu dostępnych ławeczek pod krzyżem i na całego delektujemy się tą cudną chwilą. Wycieczka na Łysą, a potem Miejską Górę zbiega się idealnie z początkiem sezonu na polskie truskawki, więc mając co nieco w plecakach zajadamy się ze smakiem. 

Warto pamiętać, że Miejska Góra należy do Korony Beskidu Wyspowego oraz, jak poprzedniczka, do "102 Wysp Beskidu Wyspowego".

Po milszej chwili spędzonej na Miejskiej Górze nadchodzi pora na powrót do Molówki. W polu widzenia za tabliczką szczytową lokalizujemy jasnoczerwony daszek- to właśnie tam schodzi dalej żółty szlak.

Szybko opuszczamy urokliwe łączki i z powrotem wchodzimy do gęstego lasu. Słońce chowa się za koronami drzew dając nieco wytchnienia.

Cały czas kierujemy się zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku. Przy pierwszym rozwidleniu w lewo...

...i przy drugim także w lewo! Takim sposobem wchodzimy na szeroki leśny trakt, którym biegną aż trzy szlaki: niebieski, żółty oraz Droga św. Jakuba.

Ostatni fragment trasy wiedzie raz pod górę, raz w dół, ot taka beskidzka sinusoida. Po mniej więcej 10 minutach docieramy pod kolejne skrzyżowanie dróżek między Łysą a Miejską Górą...

...na którym idziemy prosto. Opuszczamy zatem żółte oznaczenia, pętlę pomoże nam już domknąć szlak niebieski, zdążający na tamtym odcinku w kierunku najwyższych wzniesień Pasma Łososińskiego.

Od północnego zachodu trawersujemy spore zbocza Łysej Góry. Po niedawnych ulewach dróżka nie jest w najlepszej kondycji, a mieszanka błota z luźno leżącymi kamieniami budzi większą czujność i ostrożność.

Niebieski szlak prowadzi nas prosto pod zatoczkę na której zostawiliśmy samochód. Po wyjściu z lasu rzucamy jeszcze raz okiem na pozostałości po stacji narciarskiej Limanowa-Ski oraz ledwo już widoczne schodki "piekielnie trudnego wejścia". I takie popołudnia to ja mogę mieć codziennie...



Te kilka kilometrów dalej, po dotarciu na metę wycieczki, człowiek doznaje zatrzęsienia nowych pokładów energii! Kawa? Energetyki? Cukier? Nic z tych rzeczy! Beskid Wyspowy każdą z tych opcji zmiata z planszy w ułamku sekundy ;)




Pozdrawiam i do napisania! ;)
Pasmo Glichowca (Trupielec, Ostrysz, Glichowiec) z Kornatki

piątek, kwietnia 24, 2026

Pasmo Glichowca (Trupielec, Ostrysz, Glichowiec) z Kornatki

Witam!
Wiosna rozkręca się na dobre, a wraz z nią i plany na kolejne beskidzkie wędrówki. W przerwach pomiędzy pracą a obowiązkami domowymi lubię czasem odpalić jakąkolwiek wirtualną mapę turystyczną i przez dłuższe chwile wodzić wzrokiem za gęsto plączącymi się oznaczeniami szlaków. Po zdobyciu Korony Beskidu Wyspowego, której wszystkie trasy ze szczegółami opisałem na swoim drugim blogu (LINK), szukam zazwyczaj nowych celów, tak aby ten drzemiący wewnątrz górski apetyt nie zaspakajać ciągle tym samym. Każdy sensowniejszy pomysł wpada potem pomiędzy notatki i czeka na swoje pięć minut, które tak naprawdę mogą nadejść w dowolnym momencie. Jeden z nich zawojował pewnym marcowym, sobotnim popołudniem...




Sobotni, jeszcze wczesnowiosenny poranek minął błyskawicznie, ale jednocześnie dość produktywnie. Zmiecione kurze, pomyte podłogi, rozwieszone świeże pranie, uprzątnięta kuchnia... można powiedzieć, że plan kury domowej wykonany w akceptowalnym stopniu. Zadowolony z takiego obrotu spraw powędrowałem więc z kubkiem kawy z mlekiem do ogrodu i zacząłem snuć plany na dalszą część dnia. I takim sposobem, niczym Filip z konopi, w myślach wyskoczył pomysł o jakiejś szybkiej wycieczce w kierunku Beskidów. W marcu, w okolicach godziny 12:00 ciężko już zaszaleć w tym temacie, ale to właśnie wtedy przypomniał mi się jeden z kierunków, który ostatnio śledziłem z zaciekawieniem na mapie: Pasmo Glichowca. Blisko? Niecałe pół godziny jazdy samochodem, więc blisko! Wymagająco? Raczej nie, więc idealnie na dłuższy spacer z plecakiem. Ciekawie? Jak dla mnie zaskakująco bardzo! A co ja będę więcej pisać, przekonajcie się sami!


Wędrówkę przez Pasmo Glichowca rozpoczynam przy niewielkim parkingu nieopodal leśniczówki w Kornatce.

Współrzędne postoju: 49.837664, 20.075925

Po zostawieniu samochodu na parkingu kieruję się w kierunku południowo-zachodnim. Po pokonaniu około 300 metrów drogą asfaltową, pomiędzy ostatnimi zabudowaniami Kornatki, docieram pod rozwidlenie dwóch szutrowych ścieżek. Skręcam w prawą odnogę.

Pierwszy fragment włóczęgi pokonuję zgodnie z oznaczeniami biało-niebieskiego szlaku o jakże wdzięcznej nazwie, "Niezapominajka". Ta spacerowa trasa zatacza około dwunastokilometrowe kółko wokół Kornatki i północnych części Pasma Glichowca. Co ma do zaoferowania prócz spokojnego przemarszu przez świetliste lasy? Może kiedyś znajdę okazję, by to sprawdzić...

Niewielkie nachylenie terenu i szeroka, całkiem dobrze ubita droga zapewniają sprawne tempo przemarszu.

Po przejściu mniej więcej półtora kilometra docieram pod spore skrzyżowanie kilku leśnych dróg, zwieńczone tablicą z mapą okolicy. Według niej Pasmo Glichowca należy do Beskidu Średniego, czyli Makowskiego, ale jak się okazuje ta klasyfikacja nie jest wcale taka prosta do ustalenia. Jedni twierdzą zgodnie z napisami na powyższej tablicy, inni zaś szufladkują ten urokliwy obszar do Pogórza Wiśnickiego, a nawet do Beskidu Wyspowego! Tereny graniczne często budzą takie małe niezgodności, ale koniec końców czy to aż takie ważne? Na to pytanie odpowiedzcie już sobie sami...

Na ów skrzyżowaniu nie skręcam ani w lewo, ani w prawo, idę natomiast prosto wchodząc na szlak niebieski.

Po wejściu na niebieski szlak czeka mnie krótkie, ale całkiem intensywne podejście na Trupielec.

Tabliczki szczytowe oraz niepozorna ławka, zwana ławką Beaty, znaczą najwyższy punkt Trupielca, jednej z trzech głównych kulminacji pasma. Choć na drewnianej tabliczce wyryto dość wesołe przedstawienie kościotrupa, to historia tej góry i nazwa z nią związana ma zupełnie inne oblicze. W czasach słowiańskich najpewniej mieściła się w pobliżu mała osada, której ślady w postaci całopalnych kurhanów odkryjemy wspólnie w dalszej części wpisu. Ważny punkt na osi czasu stanowią lata 1655-1660, czyli okres potopu szwedzkiego. Według miejscowych opowieści na zboczach Trupielca doszło do jednej z potyczek pomiędzy Polakami i Szwedami, a niepochowane należycie zwłoki jej ofiar przez długi czas masakrowały i roznosiły po okolicy dzikie zwierzęta. Kulminacja ta była również miejscem krwawych walk pomiędzy Rosjanami a armią Austro-Węgier w początkowych miesiącach I wojny światowej. 

Zimą i wczesną wiosną nagie drzewa odsłaniają widok w kierunku Przełęczy Zasańskiej oraz Kamienników. Z pierwszych cieplejszych promieni Słońca korzysta grupka płochliwych pazi królowej... i ja :)

Kontynuuję przejście niebieskim szlakiem w kierunku wschodnim i po kilku minutach docieram pod kolejne skrzyżowanie tras. Tam skręcam w prawo.

Mijam wierzchołek Trupielca północno-zachodnim zboczem i po jakichś 200-300 metrach docieram pod jeszcze jedno rozwidlenie dróg. Odbijam w lewo.

Kilkaset metrów dalej oczom ukazuje się przerzedzenie lasu i zbiegowisko zabłoconych traktów. To właśnie w tamtym miejscu zaczynam rozglądać się za śladami Słowian, o których wspominałem przy okazji opisu Trupielca. Całopalne kurhany, których może być tam nawet z 40, odkryto w latach 30. ubiegłego stulecia, a dokładniej zbadano je w latach 60. Pochodzą one mniej więcej z VI-VII wieku, czyli jak łatwo zaobserwować liczą sobie prawie 1500 lat! Cmentarzysko służyło najprawdopodobniej niewielkiej społeczności, która mogła się osiedlić w rejonie Pasma Glichowca.

Po tej jakże fascynującej podróży do przeszłości wracam się do skrzyżowania z przedostatniego ujęcia, skręcam w lewo i po chwili docieram z powrotem pod tablicę z mapą Pasma Glichowca. Zgodnie z oznaczeniami niebieskiego szlaku wchodzę na ścieżkę przeciętą szlabanem.

Kolejny fragment wędrówki i niebieski szlak pozwalają mi zdobyć pozostałe dwie kulminacje pasma: Ostrysz i Glichowiec. Oba wierzchołki pokonują barierę 500 metrów nad poziomem morza, ale jak możecie się już domyślić... spektakularnych widoków z nich się nie uświadczy.

Drugie na trasie krótkie, ale całkiem intensywne podejście wyprowadza na wierzchołek Ostrysza, 507 metrów nad poziomem morza. 

Ostrysz swoją nazwę otrzymał dzięki całkiem charakterystycznemu kształtowi kopuły, widocznemu zwłaszcza od strony Przełęczy Zasańskiej. Na wierzchołku, poza przyjemnym lasem, nie dzieje się wiele, więc szybka seria zdjęć i ruszam dalej.

Schodząc z Ostrysza docieram do skrzyżowania z szlakiem żółtym biegnącym z Dobczyc.

Przez dosłownie kilkaset metrów towarzyszą mi zatem dwukolorowe oznaczenia szlaku.

Drogowskazy obwieszczają ponowne rozstanie się szlaków. Ja kontynuuję przejście niebieskim w kierunku Glichowca, zaś żółty schodzi do Przełęczy Zasańskiej, a w dalszym biegu wyprowadza na Kamiennik Południowy, Suchą Polanę i wschodnie zbocza Lubomira.

Obszar pomiędzy Ostryszem i Glichowcem jest mocno umęczony przez prężnie działającą gospodarkę leśną. Taki widok potrafi popsuć wędrowniczy nastrój, ale na szczęście jakieś dwa, no może trzy zakręty później Matka Natura odzyskuje pełną kontrolę nad polem widzenia :)

Szybko docieram pod trzecie i zarazem ostatnie krótkie, ale całkiem intensywne podejście. Ścieżynka biegnąca płytkim wąwozem doprowadza mnie...

...na Glichowiec, najwyższą kulminację pasma. Glichowiec znajduje się w wykazie gór należących do Korony Beskidu Myślenickiego, zatem warto (na wszelki wypadek!) strzelić sobie porządniejsze selfie z tymi tabliczkami!

Tabliczki szczytowe wiszą na drzewie przy szlaku, kilka metrów poniżej właściwego wierzchołka. Aby zatem dopełnić wszystkich formalności, odbijam w dość słabo widoczną dróżkę prowadzącą na najwyższy punkt Glichowca, a zarazem całego pasma.

W nagrodę za wdrapanie się na Glichowiec pod nogami wyrasta dywan purpurowych żywców gruczołowatych. Rośliny te są karpackimi endemitami, co oznacza, że poza terenem Karpat nie znajdziemy jej nigdzie indziej na świecie. W Beskidach, zaraz obok krokusów i pierwiosnków, są pierwszymi zwiastunami prawdziwej, pełnej życia wiosny.

Po zejściu z wierzchołka Glichowca kontynuuję przejście niebieskim szlakiem w kierunku północno-wschodnim.

W pewnym momencie, z lewej strony, otwiera się niewielka panorama w kierunku Kornatki i Dobczyc. Sama trasa może i nie wiedzie bogatymi krajobrazowo rejonami, ale w zimową porę, gdy ów krajobrazy rozczarowują wszechobecną szarzyzną i szarością, czy w upalne dni wędrówka jasnym, podgórskim lasem sprawdza się przecież idealnie!

Mniej więcej kilometr za Glichowcem trafiam na spore, leśne skrzyżowanie dróg. W tamtym miejscu schodzę z niebieskiego szlaku skręcając w lewo.

Leśne drogi w rejonie Pasma Glichowca, no może poza tym felernym odcinkiem za Ostryszem, trzymają się w nienagannej formie. Szeroki, bardzo dobrze ubity trakt zachęca do włóczenia się bez końca.

Wczesnowiosenne pobocza toną w kępach podbiałów, śledziennic i lepiężników. Takie to pierwsze promyczki zwiastujące rozkwit i renesans otaczającej nas przyrody...

Po niecałym kilometrze leśna droga dociera pod południowe zbocze Kaczej Góry i łączy się z żółtym szlakiem, tym samym, który mijałem schodząc z Ostrysza. Skręcam w lewo.

A żeby było jeszcze milej, to ze szlakiem żółtym na tym odcinku tor dzieli biało-niebieska "Niezapominajka". Pobliska ściółka leśna kryje się pod ogromnymi, jasnozielonymi dywanami torfowca, a ja pomału zmierzam ku mecie wędrówki.

Nie wiem czy na stałe, czy nie, czy przypadkowo, czy specjalnie ale zielony kontener rozdziela żółty szlak z "Niezapominajką". Pierwszy z nich biegnie w lewo ku Ostryszowi, zaś ten kwiecisty odbija w prawo wiodąc ku leśniczówce i domknięciu mojej pętli w Paśmie Glichowca.

Mijam zatem zabudowania leśniczówki w Kornatce i po dłuższej chwili kończę przejście wracając na parking.


Pasmo Glichowca zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Oczywiście, że nie była to wędrówka życia, ale takie spokojne, pozornie niepozorne trasy też potrafią zagwarantować dobrze spędzony czas na łonie natury. Człowiek trochę się zmęczy, trochę nacieszy oko przyrodą, trochę poodkrywa historii... i czegóż chcieć więcej? Na pewno tam powrócę!




Pozdrawiam serdecznie i do napisania :)
Copyright © WYSPY BESKIDZKIEGO PRZYLĄDKA , Blogger