czwartek, września 17, 2026

Pasmo Lubomira (Lubomir, Trzy Kopce, Łysina, Kudłacze, Sucha Polana) pętlą z Lipnika

Pasmo Lubomira (Lubomir, Trzy Kopce, Łysina, Kudłacze, Sucha Polana) pętlą z Lipnika

czwartek, września 17, 2026

Pasmo Lubomira (Lubomir, Trzy Kopce, Łysina, Kudłacze, Sucha Polana) pętlą z Lipnika

Cześć!
Wiem, wiem, coś tu ostatnio zbyt mało gwarnie, ale spokojnie! Okazji do letnich wędrówek nie brakowało, a każda z nich, prędzej czy później, dostanie swoje pięć minut na blogowych półkach. Pamiętacie jak w poprzednim wpisie, pomiędzy zachwycającymi mnie do dziś kadrami, wspominałem o "zuchwałych przywłaszczeniach górek" przez Beskid Wyspowy? Jak się okazuje, takich przypadków nie brakuje! Tym razem, na tle wyspowo-makowskiej wojenki, przedreptamy wzdłuż i wszerz Pasmo Lubomira i Łysiny.




Skąd ta zagwozdka wynika? Lubomir, najwyższy punkt opisywanego w tym wpisie pasma, z jednej strony znajduje się w wykazie gór Korony Beskidu Wyspowego oraz "102 Wysp" Beskidu Wyspowego, zaś z drugiej dumnie pręży się w szeregu szczytów należących do Korony Gór Polski jako król Beskidu Makowskiego (zwanego też Średnim)! No to gdzie my właściwie ruszamy? Najnowsze opracowania większą rację przyznają tej drugiej opcji, ale w sumie... czy to takie istotne? Ponad 10-kilometrowa pętla z Lipnika dostarcza tylu wrażeń i okazji na niezapomnianą wędrówkę, że nadmiar przemyśleń  można ze spokojem duszy umieścić w innej przestrzeni!


Wędrówkę zaczynamy w miejscowości Lipnik, a konkretniej na sporym parkingu przy wejściu do lasu porastającego całe opisywane pasmo. Sam plac jest dobrze utwardzony, ale dojazd do niego, zwłaszcza zimową porą i ogólnie dla samochodów z niskim zawieszeniem, może się okazać dużym wyzwaniem.

Współrzędne postoju: 49.771065, 20.075529 (w Google Maps wpisać: "Parking - szlak na Lubomir")

Wchodzimy do lasu, zgodnie z oznaczeniami szlaków zielonego oraz czarnego. Drogowskaz PTTK Myślenice wskazuje półtorej godziny do zdobycia Lubomira, ale spokojnie, jak się sami zaraz przekonacie, autorów musiała ponieść nadmierna doza fantazji.

200-300 metrów dalej stajemy na rozstaju leśnych dróżek, a jednocześnie wyżej wymienionych szlaków. Odbijamy w lewo wybierając zielone oznaczenia. Ten czarny pomoże nam zaś na końcu wędrówki domknąć całą pętlę.

Początkowo szlak zielony wiedzie szerokim traktem. Jak widać na załączonym obrazku, trasy w Paśmie Lubomira są naprawdę porządnie oznakowane. Sztuką byłoby się tam zgubić!

Sielanka jednak szybko się kończy, gdy wygodna ścieżka zamienia się w kamieniste, storpedowane niedawnymi pracami leśnymi pobojowisko. Na tym odcinku patrzenie pod nogi wręcz wymagane!

Nachylenie terenu z minuty na minutę robi się coraz pokaźniejsze. Zaczynamy szybko nabierać wysokości. Sierpniowe, jeszcze wysoko szybujące słońce daje nieco popalić, ale mimo wszystko wdrapywanie się na główny grzbiet pasma mija znośnie.

Kilka głębszych oddechów i szybszych uderzeń serca później teren spektakularnie się wypłaszcza. Coraz pewniejszym krokiem zdążamy ku pierwszemu z celów wędrówki, Lubomirowi.

Ostatni fragment przed osiągnięciem Lubomira to nieustanna przeplatanka nieostrych podejść i wypłaszczeń terenu. Jasny las we współpracy z wszędobylskimi promieniami słońca tworzy obrazki od których ciężko oderwać wzrok. Kogóż nie zachwyciłaby taka gra świateł oraz barw?

Niekończące się w tamtych okolicach leśne obszary skutecznie uniemożliwiają zapierające dech w piersiach obserwacje beskidzkich krajobrazów. Skłamałbym, gdybym tę pętlę nazwałbym widokową trasą, ale również nie powiedziałbym prawdy, gdybym stwierdził, że nie zobaczymy stamtąd absolutnie nic. Pierwsza z kilku okazji na trasie nadarza się dosłownie moment przed dotarciem na wierzchołek Lubomira. Rzednący tam las odsłania urocze okienko w kierunku wyspowo-gorczańskich wzniesień.

Po około 50 minutach spokojnego przejścia osiągamy 904. metr nad poziomem morza, a tym samym zdobywamy Lubomir (jak widzicie, drogowskazy z drugiego zdjęcia trochę zaszalały). Od strony zielonego szlaku z Lipnika turystów wita drewniany słupek, który prócz sporej ilości tabliczek trzyma na swoich barkach skrzyneczkę z pieczątką dedykowaną głównie zdobywcom Korony Gór Polski.

Wierzchołek Lubomira dumnie wieńczy budynek Obserwatorium Astronomicznego im. Tadeusza Banachiewicza, którego otwarcie miało miejsce w 2007 roku. Obiekt wybudowano w miejscu dawnego obserwatorium z czasów międzywojnia. Historia poprzednika sięga 1922 roku, kiedy to, po podarowaniu przez księcia Kazimierza Lubomirskiego 10 hektarów ziemi, postawiono niewielki budynek dla najbardziej oddanych popularyzatorów astronomii i wszelakich obserwacji nieboskłonu. W 1925 oraz 1936 roku dokonano tam spektakularnych odkryć komet, w gwiazdozbiorze Pegaza i Małego Lwa. Niestety, jak łatwo się domyślić, obiekt spłonął podczas II wojny światowej. Na swoje odrodzenie musiał czekać on ponad 6 dekad...

Obserwatorium, w określonych porach, jest dostępne dla turystów. Informacji odnośnie godzin otwarcia obserwatorium oraz cen biletów należy szukać pod tym linkiem: 
https://weglowka.pl/obserwatorium/index.php/atrakcje/turysci-indywidualni

P.S Dzięki tej historii powinniście się domyślić skąd się wzięła obecna nazwa góry. Przed 1932 rokiem cały grzbiet nazywano Łysiną (ponoć do dzisiaj wielu okolicznych mieszkańców tak nazywa to pasmo)!

Tak jak już rozpisywałem się we wstępie, Lubomir należy do Korony Gór Polski, jako najwyższe wzniesienie Beskidu Makowskiego, ale także znajdziemy go w wykazie Korony Beskidu Wyspowego oraz „102 Wysp” Beskidu Wyspowego. 

Przy okazji warto wspomnieć, że przez Lubomir biegną dwa szlaki długodystansowe: 104-kilometrowy szlak zielony (którego fragmentem ruszaliśmy z Lipnika) z Węglówki oraz 137-kilometrowy Mały Szlak Beskidzki, znaczony czerwoną farbą. Pierwszy z nich łączy najważniejsze wzniesienia Beskidu Wyspowego, drugi zaś prowadzi z Bielska-Białej, przez Beskid Mały, Średni i wspomniany już Wyspowy, na Luboń Wielki. 

 Zalesiony wierzchołek, mimo zaskakująco ciekawego uposażenia, nie zatrzymuje nas na długo. Kilka pamiątkowych zdjęć i łyków wody później ruszamy dalej. Kierujemy się na północny zachód zmieniając zielony szlak na biało-czerwone oznaczenia Małego Szlaku Beskidzkiego.

Dlaczego nie warto robić zbyt długiej przerwy na Lubomirze? Odpowiedź na to pytanie odkrywamy niecałe 10 minut po opuszczeniu najwyższego punktu pasma, gdy zza bezkresnych gęstwin tamtejszego lasu wyłania się niewielka polana, zwana Spadzistą. Kilka ławostołów i miejsce na ognisko zapraszają na ucztę dla wzroku i innych zmysłów ;)

Mimo niewielkiego areału, Polana Spadzista oferuje świetny widok w kierunku północnego grzbietu Pasma Cietnia (z widoczną centralnie kopułą Grodziska na czele) oraz delikatnie pofałdowanych, jakże pstrokatych przestrzeni Pogórza Wielickiego. Wyciągamy butelkę wody, do tego obowiązkowo kawałeczek owiniętego w folię placka ze śliwkami i... po prostu cieszymy się pięknem pola widzenia! Lepszej panoramy już nie spotkamy...

Po miłym przystanku na polance wracamy na szlak, by kolejne pół kilometra dalej dotrzeć pod niepozorne na pierwszy rzut oka skrzyżowanie dróżek. Odbijamy tam w prawo…

…by kilkadziesiąt metrów dalej osiągnąć drugą z kulminacji głównego grzbietu pasma, Trzy Kopce. Wzniesienie to znajduje się na liście odznaki „102 Wyspy” Beskidu Wyspowego, więc warto zrobić sobie przy tabliczce pamiątkowe zdjęcie oraz zeskanować kod QR z prawego dolnego rogu.

Tą samą dróżką wracamy na tor Małego Szlaku Beskidzkiego i w dalszym ciągu kierujemy się na zachód, w kierunku schroniska na Kudłaczach. Na krótkim odcinku czerwone oznaczenia łączą się z żółtymi, które w tym rejonie łączą Lubień z Patryją, Pasmem Lubomira, a dalej z Kamiennikami i opisywanym tutaj już kiedyś Pasmem Glichowca.


Opisany pod powyższym zdjęciem żółty szlak łączy grzbiet Pasma Lubomira i Łysiny z Patryją, górą należącą do Korony Beskidu Wyspowego. Opis tej trasy znajdziecie na moim drugim blogu, po kliknięciu w LINK :)



Sierpień stoi kwitnieniem charakterystycznej dla beskidzkich zarośli goryczki trojeściowej. Na stokach Lubomira także nie brakuje tych majestatycznych, mieniących się fioletami kęp.

Szybko docieramy pod rozejście szlaków czerwonego oraz żółtego, które jednocześnie znaczy start czarnego szlaku do Pcimia (o czym informuje duża, biało-czarna kropka wymalowana na drzewie). Prócz tradycyjnych drogowskazów PTTK zauważamy także charakterystyczną, żółto-zieloną strzałkę.

Nie ignorując jej znów odbijamy na moment z głównego szlaku i idąc przed siebie…

…osiągamy trzecią, ostatnią kulminację grzbietu. Mierząca 891 metrów nad poziomem morza Łysina, podobnie jak wspomniane powyżej Trzy Kopce, również znajduje się w wykazie wysp do odznaki „102 Wyspy” Beskidu Wyspowego.

Dwa zdjęcia z wyspową tabliczką i bez zbędnego marnowania czasu wracamy na Mały Szlak Beskidzki. Na krótkim odcinku za wierzchołkiem Łysiny biegnie on razem z czarnym szlakiem, ale na dosłownie pierwszym lepszym skrzyżowaniu obie trasy się rozdzielają. Co ciekawe, pod schronisko na Kudłaczach, czyli kolejny cel wędrówki, zaprowadzą nas obie trasy, więc na dobrą sprawę mamy dowolność wyboru.

Samo zejście w stronę Kudłaczy jest przysłowiową „bułką z masłem”, bez stromizn ani niewygodnych nawierzchni na ścieżkach. Uogólniając, cała opisywana pętla nie powinna sprawiać większych problemów, nawet tym najmniej doświadczonym piechurom.

Idąc w kierunku schroniska warto wypatrywać niewielkiej, ale rzucającej się w oczy tabliczki przybitej do drzewa. Kieruje ona w stronę zbiorowej mogiły żołnierzy Armii Krajowej z czasów II wojny światowej.

Mogiła znajduje się mniej więcej 200-300 metrów od głównego szlaku. Zgodnie z zapisem na tabliczce przybitej do krzyża, upamiętnia ona żołnierzy Armii Krajowej poległych w tych rejonach we wrześniu 1944 roku. Pasmo Lubomira i Łysiny było w tamtym czasie miejscem intensywnych starć z wojskami niemieckimi. Z tym fragmentem II wojny światowej wiąże się także spalenie obserwatorium, o którym pisałem powyżej.

Wracamy na czerwony szlak i już bez żadnych postojów, czy niespodziewanych zakrętów idziemy prosto przed siebie. Na fragmencie trasy pomiędzy schroniskiem a Lubomirem nie brakuje turystów, wszak tę opcję najchętniej wybierają zdobywcy Korony Gór Polski. Moment zbiegnięcia się ze sobą trzech szlaków oznacza tylko jedno…

…w końcu docieramy pod schronisko PTTK na Kudłaczach! Wędrowcy mogą tam liczyć na porządniejszą strawę, w tym kultową już zupę z czosnku niedźwiedziego, ale również i na miejsce noclegowe. Od razu muszę jednak zaznaczyć, że nie można tam płacić kartą!

Co ciekawe, pod schronisko można... podjechać samochodem! Wąskie asfaltówki z Pcimia pną się naprawdę wysoko, z czego wiele osób korzysta. Kilkaset metrów od budynku znajduje się wielki, ale płatny parking, który w okresie wakacyjnym, bądź w weekendy pęka w szwach.

Mimo różnych opinii turystów o tym miejscu, schronisko na górskim szlaku zawsze jest takim fajnym elementem urozmaicającym wędrówkę. W okolicach Beskidu Wyspowego tylko Luboń Wielki może pochwalić się podobną bazą, więc niestety szału nie ma. Absolutnie niewykorzystany potencjał!

Gotówki w portfelu brak, czasu w sumie też już brak, więc dość szybko opuszczamy teren schroniska i ruszamy dalej. Musimy się wrócić jakieś kilkaset metrów, by na rozstaju Małego Szlaku Beskidzkiego i szlaku zielonego wybrać ten drugi.

Odcinek między schroniskiem na Kudłaczach a Suchą Polaną, czyli kolejnym celem włóczęgi, omija główny grzbiet pasma od północy. Beskidzka sinusoida, jak to mawiam, pozwala się odprężyć i jeszcze bardziej się zachwycić pięknem letniego lasu.

Gdzieniegdzie las się przerzedza odsłaniając urocze widoki w kierunku sąsiadujących Kamienników. Potęga natury bywa niesamowita, te tysiące drzew migających w oddali daje do myślenia i do zrozumienia, że wobec Matki Natury jesteśmy malutkimi istotkami.

Po przejściu niecałych 2 kilometrów docieramy pod duże skrzyżowanie. Idziemy prosto, zgodnie z rekomendacją kończącego pomału swoją wartę słońca, by chwilę później...

…dojść na Suchą Polanę, niezalesiony teren na przełęczy pomiędzy Lubomirem a Kamiennikiem Południowym.

Niemal od razu po wejściu na polanę naszą uwagę przykuwa dość duży gwar, tak niecharakterystyczny dla szlaków Beskidu Wyspowego, czy Makowskiego. Szybko okazuje się, że nieopodal skrzyżowania żółtego oraz zielonego szlaku stoi grupa rozbitych namiotów wokół których kręcą się spragnieni kontaktu z przyrodą goście. Niespotykany, ale naprawdę miły widok!

Biwakowa atmosfera, podbita zapachem dymiącego ogniska oraz strzelającymi nad uchem iskrami, zachęca do nawet krótkiej, ale przerwy. Chylący się ku końcowi dzień nie pozwala na wiele, każdą minutę chłoniemy więc na 100%!

Będąc na Suchej Polanie warto podejść pod pomnik z 2001 roku, który upamiętnia żołnierzy Armii Krajowej walczących w tych rejonach pod koniec II wojny światowej. W 1944 roku w wyniku działań partyzantów na sporej części ziemi myślenickiej, zwłaszcza na wschód od Myślenic, utworzono tzw. Rzeczpospolitą Raciechowicką. Ten wyzwolony ze szponów wroga teren dawał nadzieję na prędkie wyswobodzenie się całej Ojczyzny i ponowne jej odrodzenie.

Postój na Suchej Polanie okazał się być strzałem w dziesiątkę, ale niestety… wszystko co dobre, szybko się kończy. Najwyższa pora wracać! Pętlę w Paśmie Lubomira i Łysiny domkniemy z pomocą czarnego szlaku, tego samego, którego odrzuciliśmy na samym początku wycieczki. 

Szutrowa dróżka, wijąca się esami-floresami między połaciami ciemniejącego z sekundy na sekundę lasu, niczym najlepszy przewodnik prowadzi nas ku końcu kolejnej beskidzkiej przygody.

W pewnym momencie jednak, tak około kilometr za Suchą Polaną, ów porządna, taka wręcz "wypachniona" droga ustępuje pierwszeństwa niepozornej ścieżce biegnącej w inny głąb zieleni. Taki to psikus, nie wolno zapominać o czujności i zwracaniu uwagi na oznakowania!

I tak sobie zmierzamy w stronę podleśnego parkingu na którym zostawiliśmy auto. W oddali miga jeszcze ogromna kopuła Lubomira, jeszcze chwilę temu tam byliśmy!

Po kilku minutach czarny szlak odbija w prawo, a pod nogami znów pojawia się porządnie utwardzony, szeroki trakt.

Czarny szlak, podobnie jak cała opisana trasa, jest bardzo dobrze oznaczony. Zgodnie z jego przebiegiem domykamy pętlę i kończymy wycieczkę. Ponad 10 kilometrów w nogach strzela endorfinami jak oszalały!


Wrześniowa pora zawsze budzi we mnie pierwsze nostalgie, żale i tęsknoty... Za czym? Za kończącą się lada moment wiosenno-letnią porą, za długimi dniami pełnymi słońca oraz tańcującymi wysoko słupkami termometrów, za krajobrazami malowanymi soczystą zielenią,  no i oczywiście za wędrówkami bezwstydnie tonącymi w tych wszystkich dobrodziejstwach Matki Natury. Na takie wyprawy, jak ta wokół Lubomira, mógłbym wyruszać codziennie...




Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)

piątek, sierpnia 07, 2026

Witów, Spyrkowa i Kocia Górka z Niedźwiedzia do Mszany Dolnej

Witów, Spyrkowa i Kocia Górka z Niedźwiedzia do Mszany Dolnej

piątek, sierpnia 07, 2026

Witów, Spyrkowa i Kocia Górka z Niedźwiedzia do Mszany Dolnej

Cześć!
Do tego wpisu wszystkie trasy na blogu opisywałem w pełnej zgodzie z chronologią... żeby się nie pogubić, żeby nie stracić ciągłości tej całej mojej górskiej przygody. Nadszedł jednak czas, by to zmienić, a ów chronologię wysłać na zasłużony urlop ku otchłaniom przeszłości. Spytacie: skąd takie odstępstwo? Teraz nie odpowiem! Mam nadzieję jednak, że fotorelacja rozwieje wszelakie wątpliwości w tym temacie...

Tegoroczny sierpień przywitał nas iście afrykańską pogodą. Lazur nieba przełamany pojedynczymi smugami puchu oraz promieniami leniwie wędrującego słońca zesłał na polską ziemię temperatury w okolicach 40 stopni Celsjusza, a na ludzi po niej stąpających hektolitry potu tryskające z każdego skrawka skóry. Jednakże lato po godzinach, po pracy oraz po dopełnieniu wszystkich zaplanowanych obowiązków, nie znosi nadmiernej próżni. W jego abstrakcyjnej głowie ciężko odnaleźć usprawiedliwienie na słodkie lenistwo, czy błogie nicnierobienie, a o nudzie to nawet już nie wspominam. Lato po godzinach pęka w szwach od pomysłów na ciekawe spędzanie wolnego czasu, a dużą część tego worka stanowią oczywiście górskie szlaki. I takim o to sposobem jedno z tych upalnych popołudni sierpnia spędziłem, razem z bratem, gdzieś pomiędzy Beskidem Wyspowym a Gorcami...




Witów, Spyrkowa oraz Kocia Górka tworzą kilkukilometrowy grzbiet pomiędzy wsiami Niedźwiedź, Mszana Górna i Mszana Dolna. Spora bezleśność terenu oraz całkiem dogodne położenie obok najwyższych wzniesień Beskidu Wyspowego i Gorców tworzą tę okolicę wyjątkową. Ilość oraz wielkość krajobrazów powala w pewnym momencie na kolana, o czym już zaraz przekonacie się na własne oczy. Ciężko aż uwierzyć, że są takie miejsca w Beskidach, gdzie przez niemal 10 kilometrów jest się otoczonym panoramami w praktycznie każdym kierunku świata. Wiem, że wyprzedzam fakty, że poniżej widnieją te wszystkie fotografie, ale dawno nic nie wywarło na mnie aż takiego wrażenia. 

Od razu muszę też wytłumaczyć pewną nieścisłość. Witów, Spyrkowa oraz Kocia Górka należą do... Gorców! Według najważniejszych klasyfikacji powinienem piać z zachwytów z powodów czysto gorczańskich. Skąd zatem znów o tym Wyspowym? Odpowiedź wyda się banalna, bowiem z jakiegoś powodu Witów (tak samo jak Adamczykowa oraz Potaczkowa po sąsiedzku) znajduje się w spisie odznaki 102 Wysp Beskidu Wyspowego! Nie chcę siać tutaj przekłamań, więc od razu jasno i klarownie zaznaczam miejsce w szeregu naszych dzisiejszych bohaterów, ale cóż... czy takie na pozór zuchwałe przywłaszczenie górek mi w czymkolwiek przeszkadza? Absolutnie nie! Mówcie co chcecie, ale jak dla mnie to Beskid Wyspowy zasługuje na wszystko co najlepsze :D

Sposób pokonania samego grzbietu, a jednocześnie przejścia tej późnopopołudniowej, sierpniowej wędrówki też nie jest taki oczywisty jakby mogło się wydawać. Nie przedłużam zatem i zapraszam na wirtualną włóczęgę prosto ku magicznej krainie...


Proponowaną przez mnie wędrówkę zaczynamy w Mszanie Dolnej. Samochód można zostawić na jednym z kilku parkingów w centrum miasteczka (m.in. przy ZSP przy ul. Marka lub obok targowiska), niezmotoryzowani zaś mogą dostać się do miasteczka autobusami z Krakowa (RAB-BUS) lub Myślenic (MLD A11, A41). W samej Mszanie kierujemy się na przystanek przy dworcu autobusowym lub na przystanek „Gronoszowa” za rondem w stronę Podobina i łapiemy busa zdążającego w kierunku miejscowości o dość ciekawej nazwie, Niedźwiedź (A11 lub Stróżak- rozkłady łatwo dostępne w internecie). Jak nietrudno się teraz domyślić, cała włóczęga będzie po prostu drogą powrotną do Mszany, tylko że pieszo i w o wiele bardziej zachwycających okolicznościach przyrody.

Współrzędne postoju parkingów: 49.668808, 20.080388 (parking przy ZSP na ul. Marka), 49.672808, 20.082244 (parking przy targowisku)

Wytrwalsi mogą zrobić nieco ponad 20-kilometrową pętelkę: wtedy zamiast jazdy lokalnym busem ruszamy czarnym szlakiem z Mszany Dolnej na Adamczykową i Potaczkową, a potem za zielonymi oznaczeniami docieramy do Niedźwiedzia. W dalszej kolejności kontynuujemy poniżej opisaną trasę.

A co jeśli nie trasa z punktu A do punktu B? Prosta sprawa! Pod urzędem gminy w Niedźwiedziu jest spory parking na którym można pozostawić samochód. Idziecie i w dowolnym momencie wracacie tą samą trasą do wsi :)

W Niedźwiedziu wysiadamy na przystanku przy urzędzie gminy. Vis a vis oczom ukazuje się skromna rzeźba upamiętniająca Władysława Orkana. Jeden z najwybitniejszych pisarzy okresu młodopolskiego związał swoje dorosłe życie z właśnie tą okolicą. Jego zamiłowanie do pobliskiej Poręby i ogólnie do okalających te ziemie gorczańskich szczytów do dziś pozostaje w pamięci mieszkańców. 

Spod urzędu gminy kierujemy się na wschód docierając po chwili pod kaplicę pod wezwaniem św. Sebastiana. Tam, na skrzyżowaniu, skręcamy w prawo. 

Przez około 0,5 km idziemy poboczem drogi w kierunku Koniny. Po pokonaniu tego dystansu, zgodnie z widocznymi na zdjęciu oznaczeniami, odbijamy w lewo.

Pokonujemy niewielki most nad rzeczką Koniną i zaraz za nim znów skręcamy w lewo. Dalej konsekwentnie kierujemy się ku osiedlu Stramy. Licznie ustawione znaki pomagają się nie pogubić. Wąska droga wyłożona betonowymi płytami z minuty na minutę pnie się coraz mocniej w kierunku naszego celu, a mianowicie grzbietu łączącego Witów, Spyrkową oraz Kocią Górkę.

Warto wspomnieć, że opisywana w tym wpisie trasa na niemal całym dystansie prowadzi nieoznakowanymi ścieżkami. W związku z tym dobrze zabrać ze sobą naładowany telefon z wgraną aplikacją mapy turystycznej (albo dobrze śledzić mapkę, którą zawsze umieszczam pod koniec wpisu).

Przejście osiedla Stramy zajmuje kilka minut. Kilka serdecznych "dzień dobry" później asfaltowa droga ustępuje miejsca kamykom oraz przeschniętej na amen ziemi. Z prawej strony wyłaniają się pierwsze ładniejsze widoki w kierunku Gorców. Specjalnie ich jeszcze nie wstawiam, bowiem w dalszej części włóczęgi dosłownie zamęczę Was krajobrazowymi pocztówkami.

Na rozwidleniu ponad Stramami skręcamy w prawo.

Po przekroczeniu wysokości około 650 metrów nad poziomem morza za plecami wyrasta pierwsza kapitalna panorama w kierunku Gorców. Na pierwszy plan wysuwają się ciemnozielone korony Turbaczyka oraz Basielki, a także nieco lichszy zarys Starmachów. Wiatr, nawet z sukcesem, próbuje odpędzać opary największego upału i mimo 35 stopni w dolinie idzie się całkiem przyjemnie. Jedynym wrogiem na trasie są oczywiście bąki, których największe skupiska czają się między pojedynczymi tarninami i dzikimi różami. Ich ataki potrafią być naprawdę przemyślane (na nasze nieszczęście)!

W oddali miga także kolorowa zabudowa Koniny i górujące nad nią wierzchołki Kudłonia oraz Gorca Troszackiego. Gorce pełną gębą!

Po minięciu z lewej niewielkiego zagajnika skręcamy w prawo...

...i stawiamy ostatnie kroki przed osiągnięciem pierwszego z celów tejże wędrówki. Nisko, tuż nad tą sierpniową zielenią, majestatyczne loty odbywa kilka kruków. Ich charakterystyczny głos dopełnia te fantastyczne obrazy.

W jednej z kęp tarnin odnajdujemy tabliczkę znaczącą Witów, 720 metrów nad poziomem morza. Jak już wspominałem we wstępie, góra ta oficjalnie należy do Gorców, ale z jakichś bliżej niezidentyfikowanych powodów włączono ją także do odznaki 102 Wysp Beskidu Wyspowego. I dla mnie Witów już chyba tą wyspą pozostanie... :)

P.S. Zdobywcy odznaki obowiązkowo pamiątkowe zdjęcie z tabliczką i zeskanowanie kodu QR!

Wierzchołek Witowa jest całkowicie bezleśny, co niesie ze sobą rzeczy niebywałe, piękne i powalające na kolana. Nie dziwcie się, że zatrzymywałem się tam co dosłownie drugi, trzeci krok! Panoramę Gorców już mniej więcej kojarzycie z poprzednich fotografii...

...ale z Witowa widać także zachodnie fragmenty Beskidu Wyspowego! Horyzont kreślą sylwetki (od lewej): Lubonia Wielkiego, Szczebla oraz Lubogoszczy. Patrząc na wschód można także dostrzec Mogielicę z Polaną Stumorgową oraz Wyśnikówką, a także Jasień z moją ukochaną Polaną Łąki. W tym temacie jeszcze jednak kropki nie stawiam...

Z Witowa widać także charakterystyczny zarys Babiej Góry, no coś wspaniałego!

Panoramy zachwycają, aż żal rozstawać się z Witowem i ruszać dalej. Kilka dzikich jeżynek z pnączy nieopodal tabliczki szczytowej (przed zjedzeniem koniecznie przepłukane wodą, pamiętajcie o tym!) osładzają moment do granic możliwości!

Czas jednak nagli, nawet sierpniowe popołudnie nie będzie trwać wiecznie, a jednak miło by było zdążyć z finiszem wyprawy przed nocą. Z wierzchołka Witowa wracamy się pod wspomniane rozwidlenie przy niewielkim zagajniku i tym razem odbijamy w prawo.

Przejście w kierunku widocznej nieco w oddali i z lewej Spyrkowej mija równie przyjemnie. Na prawo od trapezoidalnej Lubogoszczy wyłaniają się kopuły Cietnia, Śnieżnicy, Ćwilina, a także Ostrej z Ogorzałą.

Na rozstaju dróżek przed Spyrkową wybieramy prawą odnogę. Drzewa dadzą nam w nagrodę kilka minut porządnego cienia. Idealnie, by się schłodzić!

Mijamy wierzchołek Spyrkowej od wschodu i docieramy pod całkiem sporą sekwencję rozwidleń oraz skrzyżowań. Tutaj w prawo...

...chwilę później znowu w prawo...

...i kilka kroków dalej skręcamy w lewo! W tej okolicy mapka turystyczna z GPS-em jest zbawiennym narzędziem!

Po wszystkich zawirowaniach na rozwidleniach ścieżek oczy znów wystrzeliwują prosto do raju. Gdybym miał pokazać wszystkie zdjęcia z tego przejścia, to długość wpisu byłaby nie do pokonania! Dlatego najpierw pokażę Wam jeszcze jeden rzut na beskidzką królową, Babią Górę...

...pokażę Wam również ostatni z celów trasy, czyli o około 100 metrów niższą Kocią Górkę. Z tej perspektywy tę różnicę wysokości widać doskonale!

W pewnym momencie na chwilę nurkujemy w głąb małego lasku. Uczta dla zmysłów rozkręca się jednak na nowo po dosłownie 2-3 minutach spokojnego marszu. Ta panorama w kierunku Beskidu Wyspowego, skąpana w dobrodziejstwach złotej godziny, pozostanie w mojej głowie chyba na zawsze. Zdjęcia nigdy nie oddadzą w pełni wszystkich wrażeń, tego całego piękna, więc naprawdę... na tę wycieczkę musicie się wybrać wszyscy!

Prócz wspomnianych wyżej wysp, z lewej strony widać również zwieńczoną krzyżem milenijnym Potaczkową oraz niższe stoki Adamczykowej (która notabene stanie się bohaterką kolejnego wpisu na blogu)...

Pewnym krokiem wdrapujemy się na Kocią Górkę. Kapitalne panoramy ustępują na kilka minut prawie-toskańskim pocztówkom. No nie spodziewałem się, że lato po godzinach, spontaniczny wyjazd w Beskidy zagwarantuje 10 kilometrów i jakieś 3 godziny prawdziwej sielanki, jakby wyjętej z najjaskrawszej baśni...

Jeszcze jedna panorama? A czemu nie?! Z Kociej Górki również zachwyca! Chylące się ku horyzontowi słońce dopieszcza obraz niczym największy renesansowy maestro!

Schodząc z Kociej Górki w kierunku Mszany Górnej trzymamy się lewej strony ścieżki. W pewnym momencie dróżka, ni stąd, ni zowąd, rozdwaja się, co idzie przegapić. W tym miejscu również przyda się aplikacja z mapkami, bo naprawdę łatwo tam pomylić dobrze udeptaną miedzę z kontynuacją trasy :D

Zejście do Mszany Górnej jest chyba jedynym mankamentem całej wycieczki. Nieznaczna, ale stromizna w połączeniu ze sporymi pokładami błota umęczonymi pod kołami traktorów brzmi jak recepta na bolesną i wyjątkowo brudną wywrotkę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło... za nami kawał fantastycznej trasy!

Po niezłej próbie wytrwałości oraz posiadania oczu z tyłu głowy docieramy pod asfaltową wstęgę przecinającą osiedle Majerany w Mszanie Górnej. Maszerujemy pomiędzy domami w kierunku DW 968.

Po wyjściu z osiedla, na krzyżówce z główną drogą, skręcamy w lewo i krocząc ponad wygodnym chodnikiem wracamy do Mszany Dolnej. I tak kończy się to niezapomniane popołudnie...


Miejsce w które na pewno będę często powracać. Po prawie trzech latach wędrowania beskidzkimi szlakami myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, że już nic nie wywoła we mnie gęsiej skórki oraz załzawionych oczu. A jednak... Lato po godzinach stało się dla mnie największym dobrodziejstwem!

Koniecznie ruszajcie na tę trasę i koniecznie w kierunku Niedźwiedź-Mszana, nie odwrotnie (bo te wszystkie najpiękniejsze panoramy będą oglądać Wasze plecy)!



Szedłem w tej zgodzie z chronologią... aż do teraz. Chyba teraz rozumiecie dlaczego. Udusiłbym się nie opisując tej trasy w pierwszym możliwym terminie. Dwie wcześniejsze trasy muszą uzbroić się w cierpliwość, w końcu one też niebawem dostaną swoje "pięć minut"...


Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)
Copyright © WYSPY BESKIDZKIEGO PRZYLĄDKA , Blogger