piątek, lipca 17, 2026

Jastrząbka (cmentarz wojenny nr 357) z Rozdziela

Jastrząbka (cmentarz wojenny nr 357) z Rozdziela

piątek, lipca 17, 2026

Jastrząbka (cmentarz wojenny nr 357) z Rozdziela

Cześć!

Kto albo co było adresatem najsłynniejszej frazy wyśpiewanej przez Krystynę Prońko? Kto albo co mogłoby być "lekiem na całe zło"? Szukanie u źródeł na niewiele się zda, wszak odczuwanie i interpretacja artystycznego przekazu powinny znajdować swoje ujścia we własnej, niepowtarzalnej nitce życia. Ale właściwie gdzie i do czego odnieść te cztery pozornie niepozorne słowa? Na blogu prawiącym o beskidzkich przechadzkach naturalnym będzie poszperanie tu i ówdzie ponad ciemnozielonymi stokami i sielankowymi krajobrazami wokół...
Czy górskie wyprawy mogą być lekiem na całe zło? Na wszystkie bolączki tego często jakże skomplikowanego świata? Oczywiście, że nie! Mam nadzieję, że nikt z Was tak nie uważa. Są jednak sytuacje w których taka postać osłody humorów sprawdzi się doskonale.

Szósty dzień czerwca 2026 roku zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiego sportu, a to wszystko za sprawą sensacyjnego wręcz udziału Mai Chwalińskiej w finale wielkoszlemowego Roland Garros. Postawa pierwszej kwalifikantki-finalistki w grubo ponad stuletniej historii turnieju zjednoczyła setki tysięcy Polaków, którzy tamtego dnia, po godzinie 15:00, z zapartym tchem zaczęli śledzić finałowe wymiany z Rosjanką Andreevą. W tym szerokim gronie nie mogło zabraknąć ani mnie, ani mojej dobrej przyjaciółki ze studiów. Wspólne oglądanie meczu połączone z grillem w słonecznym ogrodzie brzmiało niczym plan doskonały i takim ostatecznie był! 
Jeśli ktoś oglądał tamten mecz, to nie zdziwi się jednak gdy powiem, że mimo waleczności Mai finał zdążył się zamknąć jeszcze przed wydaniem upieczonej kiełbasy, plastrów cukinii oraz grzanek z cheddarem. Mirra Andreeva w dwóch setach przypieczętowała swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł, a serca sympatyków polskiego tenisa spowiły opary lekkiego niedosytu, ale i także, co dziwić nie powinno, wielkiej dumy. 
Roland Garros skończony, grill ugaszony, a wskazówki zegara dopiero co mijały się z godziną 17:00. Na początku czerwca taka pora to jeszcze w sumie środek dnia, więc w naszych głowach zaświtała myśl: wsiąść do samochodu i ruszyć na jakąś szybką wycieczkę w Beskid Wyspowy. W ostatnim wpisie wspominałem, że mam to szczęście, by z domu lub pracy na szlak dotrzeć nawet w mniej niż godzinę. Człowiek gdzieś się ruszy, spali ponadprogramowe kalorie ze smakowitego grilla, zobaczy ładne widoki, a jeszcze osłodzi sobie dzień po finałowej porażce... kto by z takiej możliwości nie skorzystał?! 




Cel wczesnoczerwcowej wyprawy udało się ustalić dość szybko. Spacer, bo mimo wszystko ciężko to inaczej nazwać, na wierzchołek Jastrząbki od dawna siedział w mojej głowie jako właśnie opcja na spontaniczne i ekspresowe spędzenie końcówki dnia. Gdyby nie odznaka "102 Wysp Beskidu Wyspowego" to pewnie nigdy nie dowiedziałbym się o istnieniu takiej górki w północno-wschodniej części pasma. Jej wysokość oraz pierwsze wrażenia na pewno nie powalają, ale uwierzcie mi, że ta niepozorna Jastrząbka potrafi wyciągnąć porządne asy z rękawa!


Dreptanie w kierunku Jastrząbki rozpoczynamy w miejscowości Rozdziele, na parkingu pod zabytkowym kościołem św. Jakuba Apostoła. Świątynia pochodzi z końca XV wieku, ale, co bardzo ciekawe, postawiono ją w Królówce, wsi nieopodal Nowego Wiśnicza. Po kilkuset latach, w 1986 roku, zbyt ciasną dla tamtejszej ludności budowlę przeniesiono do Rozdziela i tam służy mieszkańcom po dzień dzisiejszy.

Niezmotoryzowani mogą wykorzystać busy firmy Maxbus łączące Kraków z Żegociną, a potem Limanową. Start z przystanku "Rozdziele Górne" i podążanie zgodnie z oznaczeniami Szlaku św. Jakuba wydłuży przejście o jakieś 2 kilometry i pół godziny w jedną stronę.

Współrzędne postoju: 49.789351, 20.464845 (w mapach Google wpisać: Kościół św. Jakuba Apostoła w Rozdzielu)

Stojąc pod drewnianym kościółkiem dostrzegamy pierwsze ładniejsze widoki. Pasmo Łososińskie z Jaworzem na czele (wybrzuszenie z lewej strony zdjęcia) zapowiedziało nam kolejne przyjemne popołudnie w Beskidzie Wyspowym.

Niemłoda godzina każe nam się jednak wziąć w garść i sprawnie ruszać w kierunku wyspy. Z parkingu schodzimy do skrzyżowania z główną drogą i skręcamy w lewo.

100-200 metrów dalej opuszczamy drogę w kierunku Laskowej skręcając w lewo, zgodnie z oznaczeniem szlaku frontu wschodniego I wojny światowej. Od razu mogę zdradzić, że na Jastrząbkę nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny, więc tym razem na próżno szukać kolorowych malowideł na przydrożnych drzewach i słupach. Ponadto niemal całą długość trasy pokrywa solidna warstwa asfaltu. Takie to czasem bywają te górki Beskidu Wyspowego...

Na kolejnym rozwidleniu dróg odbijamy w prawo.

Po pokonaniu powyższego rozwidlenia sprawnym krokiem idziemy poboczem drogi w kierunku Kamionki Małej. Laski, łąki i pojedyncze gospodarstwa towarzyszą nam przez kolejny kilometr spaceru. W pewnym momencie zza horyzontu wyłania się przystanek autobusowy oraz, bezpośrednio przed nim, niewielkie skrzyżowanie. Podchodząc bliżej dostrzegamy drogowskazy kierujące na Jastrząbkę oraz podszczytowy cmentarz wojenny (o którym opowiem więcej już za chwilę). Zgodnie ze znakami skręcamy w prawo.

Jak już wspominałem, niemal na sam wierzchołek Jastrząbki prowadzi asfaltowa droga. Bez szlaku, bez prawdziwie beskidzkiego traktu trasa traci na swej atrakcyjności, a wędrówka przemienia się w wiejski spacer...

...ale w sumie, to kto takich wiejskich spacerów nie lubi? Rozkwitające dookoła lato, jeszcze młodziutka, soczysta zieleń przełamana tu i tam bujnymi czuprynami polnych kwiatów, tnące zewsząd ciepłe powietrze muczenie krów i te wszystkie malownicze krajobrazy... czegóż chcieć więcej? Jak lepiej i szybciej można sobie osłodzić samopoczucie po przegranej Mai Chwallińskiej w finale Roland Garros? Chyba się nie da!

Zza pleców wyrastają jasnozielone, skąpane w słońcu stoki Kamionki, jednego z wzniesień sąsiadującego z Jastrząbką Pasma Łopusza i Kobyły...

...z prawej strony widzimy zaś okazałą kopułę Kamionnej z charakterystycznym zarysem wieży widokowej na szczycie. Chylące się ku zachodniemu horyzontowi słońce tworzy cudowną grę świateł, ciężko odwrócić wzrok od takich promiennych obrazków.

Na jedynym skrzyżowaniu na tym odcinku skręcamy w prawo. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do jeszcze jednego rozwidlenia dróżek, ale tam, zgodnie z intuicją, odbijamy ostro w lewo.

Podejście na Jastrząbkę naprawdę potrafi zauroczyć. Nieporośnięte lasem północno-zachodnie stoki wyspy pozwalają na obserwacje Pasma Łososińskiego z Jaworzem, Sałaszem, Korabiem, Sarczynem, czy Groniem...

...królowej Beskidu Wyspowego, czyli oczywiście Mogielicy...

...a także nieco przymglonych już zarysów Łopienia oraz Ćwilina. W trzech słowach: sielsko i anielsko!

Po dłuższej chwili spędzonej na obserwacji tych okazałych panoram wchodzimy do iglastego lasu porastającego wierzchołek Jastrząbki. W tym miejscu kończy się droga asfaltowa i choć przez chwilę możemy poczuć się jak prawilni beskidzcy zdobywcy. Dosłownie kilka kroków dalej, zza zielonej gęstwiny, wyłania się teren cmentarza wojennego nr 357. Na wysokości około 530 m n.p.m. pochowano 260 żołnierzy austro-węgierskich, pruskich oraz rosyjskich, którzy na początku I wojny światowej, a konkretnie w grudniu 1914 roku, polegli w intensywnych walkach na stokach nieodległej Kobyły. Miejsce pochówku wieńczy zaprojektowana przez Gustava Ludviga drewniana kaplica. Jej walory artystyczne, z nawiązaniem do sztuki ludowej na czele, pozwoliły na umieszczenie cmentarza na "Szlaku Architektury Drewnianej". Co warto też wspomnieć, do budowy ów cmentarza wykorzystano jeńców wojennych.

Ścieżka mija cmentarz z prawej strony i prowadzi w głąb lasu. 200 metrów dalej, na rozwidleniu, wybieramy lewą odnogę.

Po zejściu z rozwidlenia rozglądamy się, tym razem z prawej strony, za najwyższym punktem w polu widzenia. Po jego zlokalizowaniu schodzimy ze ścieżki i przedzierając się pomiędzy drzewami i niskimi jeżynami szukamy tej charakterystycznej, wyspowej tabliczki.
Licząca 561 m n.p.m. Jastrząbka jest jedną z niższych gór należących do "102 Wysp Beskidu Wyspowego". Ktoś nawet wyrył na słupku podobiznę rysia, czyli symbolu odznak możliwych do zdobycia w Beskidzie Wyspowym :)

Po zdobyciu Jastrząbki wracamy tą samą trasą pod kościół w Rozdzielu.


Wyprawę na Jastrząbkę można z powodzeniem połączyć z wejściem na Łopusze (należące do Korony Beskidu Wyspowego) oraz na Kobyłę (należącą znowuż do "102 Wysp Beskidu Wyspowego"). Linki do moich opisów tych przejść pozostawiam poniżej:



Lato w pełni, trzeba korzystać z jego dobrodziejstw, nawet gdy dzień chyli się ku końcowi. Spontaniczne wypady w góry potrafią przynieść najwięcej radości!




Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)

niedziela, czerwca 28, 2026

Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

niedziela, czerwca 28, 2026

Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

Cześć i czołem!

Chyba każdy przyzna mi rację, że wiosną i latem szczególnie kusi, by ruszyć na szlak albo w ogóle... ruszyć gdziekolwiek przed siebie i nacieszyć zmysły wszędobylskim pięknem natury. Możliwości zazwyczaj jest sporo: jedni żyją nieopodal mazurskiej Krainy Tysiąca Jezior, drudzy mają do dyspozycji rozległe, niezwykle malownicze i sielankowe równiny, ktoś byle kiedy wyskoczy na wyczerpujący spacer po bałtyckich plażach, a jeszcze inni, w tym ja, na wyciągnięcie ręki mają kolorowe plątaniny górskich szlaków. Majowe, czerwcowe i lipcowe dni trwają nawet po 17 godzin, więc będąc w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i organizując dobrze wolny czas długie wędrówki mogą stać się najcudniejszym elementem codzienności.

Po kilku trasach, które zdążyłem już na tym blogu opisać, raczej nikt nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie o moje ukochane pasmo górskie. Beskid Wyspowy, jeśli ktoś jeszcze by nie wiedział, skradł moje podróżnicze serce już ponad 2 lata temu i absolutnie nie zanosi się na jakiekolwiek zmiany w tym temacie. Jednym z atutów szwendania się po beskidzkich wyspach (i też jedna z rzeczy, które naszą platoniczną przyjaźń ostatecznie przypieczętowało) jest stosunkowo niewielka odległość z południa Krakowa w którym pracuję oraz z Pogórza Wielickiego na którym mieszkam. Godzina, w porywach do półtorej, w zupełności wystarczają, by dotrzeć pod niemal wszystkie góry Beskidu Wyspowego. 

Podsumowując, w sprzyjających okolicznościach, które trafiają się nawet często, wiosenno-letnie popołudnia, czy to po pracy, czy to po obiedzie lub meczu tenisowym (wkrótce pojawi się na blogu i taka opowiastka), jestem w stanie spędzić na beskidzkich szlakach. I dzisiaj pierwsza z co najmniej kilku takich tras...




Każdy, kto chociaż raz wniknął w tkankę Beskidu Wyspowego, być może natknął się na miasto o całkiem uroczej nazwie: Limanowa. Pokonując główne arterie tej kilkunastotysięcznej stolicy powiatu, ciężko przegapić dwie, całkiem wysokie i wiecznie ciemnozielone kopuły górujące nad okolicą. Jedną z nich, tą z lewej, wieńczy duży krzyż, który może przywoływać na myśl tatrzański Giewont. Czy słusznie? Na to pytanie spróbujcie sobie odpowiedzieć w dalszej części wpisu...

Nazwy opisywanej pary kolejnych wyspowych bohaterek widzicie już dobrze w tytule postu oraz na środku pierwszego ze zdjęć. Łysa oraz Miejska Góra wchodzą w skład Pasma Łososińskiego, stanowiącego północno-wschodni kraniec Beskidu Wyspowego. Tamtejszymi zboczami biegną szlaki z Limanowej, Łososiny Górnej, Laskowej oraz Skrzętli-Rojówki, których zróżnicowana długość i intensywność pozwalają na planowanie całodziennych, jak i krótszych, ale naprawdę konkretnych tras (idealnych właśnie na takie popołudniowe szaleństwo).

Trochę się rozpisałem w tym wstępie, ale już trudno! W drogę!


Zdobywanie Łysej Góry oraz Miejskiej Góry zaczynamy na Molówce, a dokładniej na przełęczy oddzielającej wspomniane wierzchołki z pozostałą częścią Pasma Łososińskiego. Samochód zostawiamy przy sporej zatoce, będącej jedną z pozostałości po niegdyś prężnie działającej stacji narciarskiej, Limanowa-Ski. Od razu mówię, że tym razem niezmotoryzowani będą mieli kłopot z dostaniem się na to konkretne miejsce startu.

Współrzędne postoju: 49.723493, 20.457658


Na Miejską Górę (a potem także i na Łysą Górę) można wejść także niebieskim szlakiem od strony centrum Limanowej. Po opis tej trasy odsyłam na mojego drugiego bloga, gdzie opisałem wszystkie trasy w ramach Korony Beskidu Wyspowego.



Opuszczając parking kierujemy się szeroką ścieżką w kierunku zachodnim. Niemal od razu w oczy rzuca się bezdrzewny pas na północnym zboczu Łysej Góry, który do końca 2024 roku pełnił rolę głównej trasy zjazdowej stacji narciarskiej Limanowa-Ski. Coraz łagodniejsze i cieplejsze zimy, a co za tym idzie coraz wyższe koszty utrzymania inwestycji, doprowadziły do zamknięcia kompleksu. W ostatnich miesiącach zdemontowano tamtejsze wyciągi, a także kolej krzesełkową, więc na wielki powrót miłośników szusowania chyba nie ma już co liczyć...

Zdawać by się mogło, że po zamknięciu stacji narciarskiej na Łysej Górze dalszy żywot tego wspomnianego powyżej bezdrzewnego pasu straci jakikolwiek sens. Jak się jednak okazuje, nic bardziej mylnego! Zaraz przed wejściem do lasu opuszczamy wygodną, dobrze ubitą drogę, by zmierzyć się z "piekielnie trudnym wejściem" i ponoć tysiącem schodów prowadzących na wierzchołek pierwszego z dwóch celów wędrówki.

"Piekielnie trudne wejście" to nic innego jak wątpliwej jakości schody biegnące stromo nachylonym stokiem w kierunku wierzchołka Łysej Góry. Czy tych schodów jest faktycznie tysiąc? Na pierwszy rzut oka raczej nie. Mimo to, podejście potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty, o czym przekonałem się na własnej skórze.

Co jakiś czas mijamy tabliczki, które w żartobliwy sposób dopingują tych wszystkich śmiałków. Ta widoczna na zdjęciu była jedną z grzeczniejszych w przekazie ;)

Wściekle łopoczące serce i wodospad potu na czole każą robić częste przerwy. Odwracając się dostrzegamy jasnozielone kształty Sarczyna (po lewej) oraz Sałasza Zachodniego (po prawej), ale też zauważamy stromiznę jaką już udało się nam pokonać!

Muszę stwierdzić, że pokonanie tych momentami powykrzywianych, powyłamywanych stopni było nie lada wyzwaniem. Pokiereszowane upływającym czasem wejście dało jasno do zrozumienia, że swoje lata młodości, swoje lata świetności ma już dawno, dawno, dawno za sobą. Ale nic, schody pokonane, idziemy dalej! Po wdrapaniu się na górny poziom dawnej stacji narciarskiej skręcamy w prawo i kierujemy się na leśną, słabo oznaczoną ścieżynkę za widocznym na zdjęciu blaszakiem.

Jakieś 100-200 metrów dalej docieramy pod tabliczkę znaczącą najwyższy punkt Łysej Góry. Wierzchołek ten znajduje się na liście odznaki "102 Wysp Beskidu Wyspowego", więc pamiętajcie zdobywcy o zeskanowaniu kodu QR i zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia z ów tabliczką.

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i chwili przerwy na śledzenie niezwykle wdzięcznie fruwającego pazia królowej kontynuujemy przejście w kierunku Miejskiej Góry. Z pomocą żółtych oznaczeń oraz ścieżki wijącej się stromo nachylonym zboczem (po opadach tamtejsze zejście może być wyjątkowo zdradzieckie ze względu na zalegające błoto!) schodzimy na przełęcz oddzielającą obie wyspy.

Po zejściu z Łysej Góry docieramy na jedno z co najmniej kilku skrzyżowań żółtego i niebieskiego szlaku.

Na ów skrzyżowaniu idziemy prosto, zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku.

Dojście na Miejską Górę to pikuś w porównaniu z figlami płatanymi przez nieco wyższą sąsiadkę. Spokojnym i pewnym tempem pokonujemy kolejne metry i zbliżamy się do drugiego celu. Ale, ale! Za łatwo też być nie może! Powalone drzewo tylko czeka na żądnych przygód turystów ;)

Żółte oznaczenia towarzyszą nam już do samego zdobycia Miejskiej Góry.

Po wejściu na nieco szerszą dróżkę mijamy ostatnią stację drogi krzyżowej, której trasa biegnie innym fragmentem żółtego szlaku, a konkretnie od ulicy Kasprowicza w Limanowej. Wchodząc na Miejską Górę od strony centrum miasta warto tamtędy się przejść i odkryć uroki pozostałych czternastu kapliczek...

Wyjście z lasu i widoczny na horyzoncie krzyż oznaczają jedno... Miejska Góra już tuż tuż!

Przerzedzenie lasu i genialny widok na calusieńką kopułę Kostrzy zwiastują same piękne rzeczy! Na przełomie wiosny oraz lata zieleń przybiera najwspanialsze odcienie, uwielbiam ten moment w roku!

Jak się okazało, nieopodal wierzchołka Miejskiej Góry kwitną... storczyki! W momencie, gdy łąki zamieniają się w wielobarwne, kwiatowe dywany, lubię kukać to tu, to tam i odszukiwać takie perełki. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo dziko rosnących storczyków i chyba nie muszę zbyt długo opowiadać o mojej ekscytacji związanej z takim ekstra znaleziskiem! Niby mała rzecz, a mnie cieszy do teraz! A co to za gatunek konkretnie? Niby obstawiam storczyka kukawkę lub storczyka męskiego, ale specjalistą w rozpoznawaniu tych kwiatów absolutnie nie jestem!

Z uśmiechem od ucha do ucha docieramy do drugiego celu popołudniowej włóczęgi. Wierzchołek Miejskiej Góry, zwanej także Chłopską, może się poszczycić obecnością wysokiego na 37 metrów Krzyża Jubileuszowego, który od niemal 30 lat stanowi jeden z najważniejszych symboli okolicy. Historia postawienia konstrukcji wiąże się z jubileuszem roku 2000, a więc z momentem wejścia ludzkości w nowe, trzecie tysiąclecie. Od tamtego czasu Miejską Górę nazywa się także "limanowskim Giewontem".

Podstawę krzyża tworzy niewielki taras widokowy, który pozwala pozachwycać się pięknem niemal całej Limanowszczyzny i dalej Beskidu Wyspowego. Przy dobrej widoczności można dostrzec także gorczańskie oraz, co najważniejsze, tatrzańskie szczyty! Chłonięcie tych beskidzkich impresji trochę zajmuje, ale tutaj wyjątkowo nie ma gdzie się spieszyć.

Po zejściu z tarasu widokowego siadamy na jednej z kilkunastu dostępnych ławeczek pod krzyżem i na całego delektujemy się tą cudną chwilą. Wycieczka na Łysą, a potem Miejską Górę zbiega się idealnie z początkiem sezonu na polskie truskawki, więc mając co nieco w plecakach zajadamy się ze smakiem. 

Warto pamiętać, że Miejska Góra należy do Korony Beskidu Wyspowego oraz, jak poprzedniczka, do "102 Wysp Beskidu Wyspowego".

Po milszej chwili spędzonej na Miejskiej Górze nadchodzi pora na powrót do Molówki. W polu widzenia za tabliczką szczytową lokalizujemy jasnoczerwony daszek- to właśnie tam schodzi dalej żółty szlak.

Szybko opuszczamy urokliwe łączki i z powrotem wchodzimy do gęstego lasu. Słońce chowa się za koronami drzew dając nieco wytchnienia.

Cały czas kierujemy się zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku. Przy pierwszym rozwidleniu w lewo...

...i przy drugim także w lewo! Takim sposobem wchodzimy na szeroki leśny trakt, którym biegną aż trzy szlaki: niebieski, żółty oraz Droga św. Jakuba.

Ostatni fragment trasy wiedzie raz pod górę, raz w dół, ot taka beskidzka sinusoida. Po mniej więcej 10 minutach docieramy pod kolejne skrzyżowanie dróżek między Łysą a Miejską Górą...

...na którym idziemy prosto. Opuszczamy zatem żółte oznaczenia, pętlę pomoże nam już domknąć szlak niebieski, zdążający na tamtym odcinku w kierunku najwyższych wzniesień Pasma Łososińskiego.

Od północnego zachodu trawersujemy spore zbocza Łysej Góry. Po niedawnych ulewach dróżka nie jest w najlepszej kondycji, a mieszanka błota z luźno leżącymi kamieniami budzi większą czujność i ostrożność.

Niebieski szlak prowadzi nas prosto pod zatoczkę na której zostawiliśmy samochód. Po wyjściu z lasu rzucamy jeszcze raz okiem na pozostałości po stacji narciarskiej Limanowa-Ski oraz ledwo już widoczne schodki "piekielnie trudnego wejścia". I takie popołudnia to ja mogę mieć codziennie...



Te kilka kilometrów dalej, po dotarciu na metę wycieczki, człowiek doznaje zatrzęsienia nowych pokładów energii! Kawa? Energetyki? Cukier? Nic z tych rzeczy! Beskid Wyspowy każdą z tych opcji zmiata z planszy w ułamku sekundy ;)




Pozdrawiam i do napisania! ;)

piątek, maja 29, 2026

Miznówka, Jasień, Kutrzyca, Polana Skalne i Polana Łąki żółtym szlakiem z Lubomierza

Miznówka, Jasień, Kutrzyca, Polana Skalne i Polana Łąki żółtym szlakiem z Lubomierza

piątek, maja 29, 2026

Miznówka, Jasień, Kutrzyca, Polana Skalne i Polana Łąki żółtym szlakiem z Lubomierza

Cześć wszystkim!
Każdy miłośnik górskich wędrówek powie, że ma swoje ulubione szlaki na które z czystą przyjemnością wracałby bez końca. Jednych oczarują wyśmienite panoramy, drudzy pokochają uroki ścieżki z jej najbliższym otoczeniem włącznie, a jeszcze innych strzała trafi z niewytłumaczalnych powodów, ot tak po prostu. Po takim wstępie możecie się łatwo domyślić, że ten wpis poświęcę jednej z moich ukochanych tras. 




Przyjemny, ale momentami wyzwalający szybsze bicie serca szlak, wałęsanie się ponad tysięcznym metrem nad poziomem morza, pełnia potęgi beskidzkiego lasu, a na dokładkę dwie polany z kapitalnymi widokami... tak w największym skrócie mógłbym opisać wędrówkę na grzbiet pasma Jasienia w południowej części Beskidu Wyspowego. Pierwszy raz tamtejsze uroki odkrywałem niecałe dwa lata temu, w jeden z październikowych, ponadprzeciętnie słonecznych weekendów. Panoszące się wszędzie złoto i brązy na każdym kroku stworzyły wówczas bezbłędny spektakl, a ja, malutki pośród tych przestrzeni obserwator, chłonąłem go całym sobą przeżywając katharsis absolutne. To właśnie tam, a zwłaszcza w jednym konkretnym miejscu (pewnie później zgadniecie którym), przypieczętowałem swoją dożywotnią przyjaźń z tym pasmem górskim. Brzmi zbyt górnolotnie? Cóż, czasem i może jestem zbyt wylewny, zbyt emocjonalny, ale dla tej trasy mógłbym wyrzucić z siebie każdą przesadę tego świata. Przekonajcie się sami ;)


Pierwszą w pełni wiosenną wyprawę w sezonie 2026 rozpoczynam, razem z moją serdeczną przyjaciółką ze studiów, na przełęczy Przysłopek oddzielającą stoki Jasienia od niewielkiej kopuły Myszycy (widoczna w tle). Na łuku wąskiej, asfaltowej drogi znajduje się zatoczka mogąca zmieścić kilkanaście samochodów. Warto jednak zaznaczyć, że według tabliczki na pobliskim ogrodzeniu jest to teren prywatny, więc swoje cztery kółka zostawia się tam na własną odpowiedzialność.

Współrzędne postoju: 49.611949, 20.224617
(w mapach Google: Przełęcz Przysłopek)


Niezmotoryzowani i Ci, którzy chcą zachować święty spokój, wejście na pasmo Jasienia mogą zacząć w Lubomierzu-Rzeki, gdzie zatrzymują się prywatne busy relacji Kraków-Szczawnica. Stamtąd dotarcie do naszego miejsca startu zajmuje około godzinę w jedną stronę.

Na wspomnianym parkingu kierujemy wzrok w kierunku północno-wschodnim i dostrzegamy takie niepozorne rozwidlenie. Na nim wybieramy lewą odnogę.

Na 1063. metr nad poziomem morza, czyli wierzchołek Jasienia, wyprowadzi nas szlak koloru żółtego.

Po krótkiej chwili spędzonej w niskim zagajniku wychodzimy na pierwszą z kilku polanek na całej trasie.

Za naszymi plecami wyrastają pierwsze urokliwe panoramy w kierunku sąsiednich Gorców: od lewej Wielki Wierch, Kiczora Kamienicka.

Szczególnie dobrze uwydatnione są zalesione stoki pobliskiej Myszycy oraz migająca w oddali wieża widokowa na Gorcu.

Zaraz za prostokątnym budynkiem na szczycie polanki odbijamy w lewo i kontynuujemy przemarsz żółtym szlakiem. Z początku dość szybko nabieramy wysokości, ale im dalej w las tym łagodniej. Idealna rozgrzewka zatem istnieje!

Po kilku minutach nieco bardziej intensywnego podejścia przez las osiągamy polanę Okólczyska. Świerszcze, wraz z ziębami i innymi zwinnymi ptaszkami, witają nas głośnym, ale jakże miłym dla ucha koncertem. Kolory nieba oraz budzącej się do życia zieleni także działają na zmysły. Można się rozpłynąć...

Przy północnej granicy polany szlak skręca w lewo...

...a dosłownie 100 metrów w dalej odbija ostro w prawo.

Po przejściu tego niespodziewanego szlakowego zygzaka rozpoczynamy nieco żmudne podejście w kierunku tysięcznego metra nad poziomem morza. Woda spływająca z góry nie oszczędziła tego fragmentu ścieżki żłobiąc w niej liczne, długie rynienki. Po dłuższej deszczowej porze pokonanie jej może być wymagającym zadaniem.

Po dłuższej chwili osiągamy pierwszą z kulminacji pasma Jasienia, Miznówkę. Wierzchołek znajduje się w wykazie wysp dla odznaki "102 Wyspy Beskidu Wyspowego", więc wszyscy zainteresowani robią tam krótką przerwę na zeskanowanie kodu QR oraz zdjęcie z widoczną tabliczką ;)

Żółte oznaczenia prowadzą nas łagodnie, ale i konsekwentnie w kierunku najwyższego punktu pasma, czyli wierzchołka Jasienia. Liczne borówczyska nad leśną ściółką upiększają wędrówkę do granic możliwości!

Mniej więcej kilometr po wdrapaniu się na Miznówkę oczom ukazuje się spore skrzyżowanie ścieżek. Skręcamy na nim w prawo, zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku...

...i po dosłownie minucie zdobywamy Jasień. Trzecia najwyższa góra Beskidu Wyspowego, licząca sobie 1063 m n.p.m., wita nas dwiema ławkami, charakterystyczną tabliczką szczytową (Jasień należy do Korony Beskidu Wyspowego!) oraz odpowiednio zadaszoną mapą całego pasma. Co ciekawe, nazwa wyspy nawiązuje do jesionów, drzew chętnie porastających tamtejsze stoki. 

Mimo tego uroczego przywitania nie zatrzymujemy się tam na długo, w końcu najlepsze dopiero przed nami!

Po osiągnięciu Jasienia kontynuujemy przejście żółtym szlakiem w kierunku północno-wschodnim. Las zaczyna ustępować miejsca boskiej przestrzeni polany Skalne. W pierwszej chwili na piedestał wskakuje jeszcze dosyć naga kopuła Mogielicy z charakterystyczną wieżą widokową.

Polana Skalne pokazuje nam, że mimo majowej pory, mimo pierwszych fal prawdziwego ciepła, Matka Natura jeszcze nie przebudziła się w pełni. Niemal od razu w oczy rzuca się widok zaśnieżonych Tatr oraz jeden z ostatnich zachowanych beskidzkich szałasów, którym gospodarzą ludzie z pobliskiej Szczawy. Warto podkreślić, że pasterstwo na ów polanie trwało w najlepsze do mniej więcej lat 80. ubiegłego stulecia!

Idąc w kierunku wierzchołka Kutrzycy, nieco niższej sąsiadki Jasienia, podziwiamy widok z polany Skalne. Po lewej widać potężną kopułę Modyni, zaś w środku i po prawej wspominane już we wpisie Wielki Wierch, Kiczora Kamienicka oraz Gorc. Horyzont malują odległe garby Beskidu Sądeckiego z Radziejową na czele, a także, rzecz jasna, Tatry.

Najwyższy punkt polany Skalne zwie się Kutrzycą. W jednych źródłach stanowi ona oddzielną górę, w innych zaś pełni rolę północnego podwierzchołka wyższego Jasienia. Kutrzycę i Jasień dzieli niecałe pół kilometra drogi, mimo to obie wyspy znajdują się w spisie Korony Beskidu Wyspowego. Zatem kilka minut... i jedna dwudziesta odznaki zdobyta!

Kutrzycę, poza tabliczką, wieńczy także kapliczka poświęcona Matce Bożej Królowej Polski z 2012 roku. Kilkunastoletnia budowla już zdążyła stać się jednym z nieodłącznych symboli najbliższej okolicy.

Po osiągnięciu Kutrzycy żółty szlak wiedzie dalej w kierunku Krzystonowa oraz Mogielicy. My natomiast wracamy się pod wspomniane wcześniej skrzyżowanie ścieżek nieopodal wierzchołka Jasienia. Tam skręcamy w prawo wkraczając na start zielonego szlaku. 

Zielony szlak, łączący Jasień z Mszaną Dolną, zaprowadzi nas do ostatniego, ale moim zdaniem najcenniejszego i najwspanialszego celu całej wędrówki.

Pewnym i spokojnym tempem schodzimy w kierunku tysięcznego metra nad poziomem morza. Na jedynym rozwidleniu na tym odcinku możemy wybrać dowolną odnogę, bo i tak dotrzemy do celu, ale jeśli mogę poradzić to prawa ścieżka jest wygodniejsza ;)

Przemarsz zielonym szlakiem kończymy na chyba najpiękniejszej polanie w całym Beskidzie Wyspowym, a mianowicie na polanie Łąki. Równo tysiąc metrów nad poziomem morza wszystkie zmysły osiągają apogeum szaleństwa i życiowego spełnienia. Dlaczego?

Z polany Łąki otwiera się bajeczna panorama w kierunku zachodniej części Beskidu Wyspowego (Luboń Wielki, Szczebel, Ogorzała z Ostrą, Kiczora, Lubogoszcz, Ćwilin), Beskidu Makowskiego oraz Żywieckiego z Babią Górą na czele. Zachwycam się tak samo, a nawet jeszcze bardziej, niż te niecałe dwa lata temu. Przez dobre pół godziny krążę z jednego końca polany na drugi robiąc setki zdjęć oraz filmów. Dzięki takim widokom pokochałem Beskidy na zabój!

Jedyny minus polany mieści się na niewielkim poletku przy lesie, na którym właściciele ów gruntu postanowili wybudować... domek letniskowy. Chatka musiała stanąć niedawno, bowiem przy mojej pierwszej wizycie nie stały nawet żadne fundamenty, zaburzając nieco ten perfekcyjny obraz. Ale... czy dziwić im się, gdy taki widok mają dosłownie na wyciągnięcie ręki? Na to pytanie niech każdy sobie już sam odpowie.

Z północnych okienek polany dostrzegamy także charakterystycznego wielorybka, czyli Kostrzę, a także mocno zalesione stoki Łopienia.

Na polanie Łąki robimy zdecydowanie najdłuższą przerwę. Ten widok nie pozwala odejść od razu, zatrzymuje, hipnotyzuje i zniewala niczym najwybitniejszy cudotwórca. Specjalnie na tę okazję, na ten konkretny moment, dzień wcześniej upiekłem focaccię z czerwonym pesto, którą przed wyjazdem z domu wypełniłem po brzegi włoską wędliną, kremem z burraty i czosnku niedźwiedziego oraz pomidorami i, jak za starych dobrych czasów, zawinąłem w sreberko. Tam rację bytu ma tylko sławetne carpe diem, nic więcej...

Chętni mogą skorzystać z miejsca na ognisko, które wyznaczono zaraz obok wyspowej tabliczki (pieczone kiełbaski w takim miejscu też mogą zdziałać cuda!).

Postój na polanie umilają nam dodatkowo kałużowe popisy ropuchy zielonej, której nie widziałem z co najmniej 10 lat!

Polana Łąki również należy do odznaki "102 Wysp Beskidu Wyspowego", więc warto pamiętać przy okazji o kodzie QR i pamiątkowemu zdjęciu. Po dłuższym odpoczynku wracamy zielonym szlakiem na skrzyżowanie na Jasieniu i skręcamy w prawo, na żółty szlak schodzący z powrotem do przełęczy Przysłopek, czyli naszego miejsca startu.



Teraz, gdy już nie zdobywam Korony Beskidu Wyspowego i bez żadnych zbędnych ciśnień mogę wybierać kolejne cele beskidzkich wędrówek, na pasmo Jasienie będę powracać tak często, jak tylko się da! Te obrazy, nawet na szklanym ekranie, budzą we mnie szeroki uśmiech i gęsią skórkę!




Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)

Copyright © WYSPY BESKIDZKIEGO PRZYLĄDKA , Blogger