Witów, Spyrkowa i Kocia Górka z Niedźwiedzia do Mszany Dolnej

piątek, sierpnia 07, 2026

Witów, Spyrkowa i Kocia Górka z Niedźwiedzia do Mszany Dolnej

Cześć!
Do tego wpisu wszystkie trasy na blogu opisywałem w pełnej zgodzie z chronologią... żeby się nie pogubić, żeby nie stracić ciągłości tej całej mojej górskiej przygody. Nadszedł jednak czas, by to zmienić, a ów chronologię wysłać na zasłużony urlop ku otchłaniom przeszłości. Spytacie: skąd takie odstępstwo? Teraz nie odpowiem! Mam nadzieję jednak, że fotorelacja rozwieje wszelakie wątpliwości w tym temacie...

Tegoroczny sierpień przywitał nas iście afrykańską pogodą. Lazur nieba przełamany pojedynczymi smugami puchu oraz promieniami leniwie wędrującego słońca zesłał na polską ziemię temperatury w okolicach 40 stopni Celsjusza, a na ludzi po niej stąpających hektolitry potu tryskające z każdego skrawka skóry. Jednakże lato po godzinach, po pracy oraz po dopełnieniu wszystkich zaplanowanych obowiązków, nie znosi nadmiernej próżni. W jego abstrakcyjnej głowie ciężko odnaleźć usprawiedliwienie na słodkie lenistwo, czy błogie nicnierobienie, a o nudzie to nawet już nie wspominam. Lato po godzinach pęka w szwach od pomysłów na ciekawe spędzanie wolnego czasu, a dużą część tego worka stanowią oczywiście górskie szlaki. I takim o to sposobem jedno z tych upalnych popołudni sierpnia spędziłem, razem z bratem, gdzieś pomiędzy Beskidem Wyspowym a Gorcami...




Witów, Spyrkowa oraz Kocia Górka tworzą kilkukilometrowy grzbiet pomiędzy wsiami Niedźwiedź, Mszana Górna i Mszana Dolna. Spora bezleśność terenu oraz całkiem dogodne położenie obok najwyższych wzniesień Beskidu Wyspowego i Gorców tworzą tę okolicę wyjątkową. Ilość oraz wielkość krajobrazów powala w pewnym momencie na kolana, o czym już zaraz przekonacie się na własne oczy. Ciężko aż uwierzyć, że są takie miejsca w Beskidach, gdzie przez niemal 10 kilometrów jest się otoczonym panoramami w praktycznie każdym kierunku świata. Wiem, że wyprzedzam fakty, że poniżej widnieją te wszystkie fotografie, ale dawno nic nie wywarło na mnie aż takiego wrażenia. 

Od razu muszę też wytłumaczyć pewną nieścisłość. Witów, Spyrkowa oraz Kocia Górka należą do... Gorców! Według najważniejszych klasyfikacji powinienem piać z zachwytów z powodów czysto gorczańskich. Skąd zatem znów o tym Wyspowym? Odpowiedź wyda się banalna, bowiem z jakiegoś powodu Witów (tak samo jak Adamczykowa oraz Potaczkowa po sąsiedzku) znajduje się w spisie odznaki 102 Wysp Beskidu Wyspowego! Nie chcę siać tutaj przekłamań, więc od razu jasno i klarownie zaznaczam miejsce w szeregu naszych dzisiejszych bohaterów, ale cóż... czy takie na pozór zuchwałe przywłaszczenie górek mi w czymkolwiek przeszkadza? Absolutnie nie! Mówcie co chcecie, ale jak dla mnie to Beskid Wyspowy zasługuje na wszystko co najlepsze :D

Sposób pokonania samego grzbietu, a jednocześnie przejścia tej późnopopołudniowej, sierpniowej wędrówki też nie jest taki oczywisty jakby mogło się wydawać. Nie przedłużam zatem i zapraszam na wirtualną włóczęgę prosto ku magicznej krainie...


Proponowaną przez mnie wędrówkę zaczynamy w Mszanie Dolnej. Samochód można zostawić na jednym z kilku parkingów w centrum miasteczka (m.in. przy ZSP przy ul. Marka lub obok targowiska), niezmotoryzowani zaś mogą dostać się do miasteczka autobusami z Krakowa (RAB-BUS) lub Myślenic (MLD A11, A41). W samej Mszanie kierujemy się na przystanek przy dworcu autobusowym lub na przystanek „Gronoszowa” za rondem w stronę Podobina i łapiemy busa zdążającego w kierunku miejscowości o dość ciekawej nazwie, Niedźwiedź (A11 lub Stróżak- rozkłady łatwo dostępne w internecie). Jak nietrudno się teraz domyślić, cała włóczęga będzie po prostu drogą powrotną do Mszany, tylko że pieszo i w o wiele bardziej zachwycających okolicznościach przyrody.

Współrzędne postoju parkingów: 49.668808, 20.080388 (parking przy ZSP na ul. Marka), 49.672808, 20.082244 (parking przy targowisku)

Wytrwalsi mogą zrobić nieco ponad 20-kilometrową pętelkę: wtedy zamiast jazdy lokalnym busem ruszamy czarnym szlakiem z Mszany Dolnej na Adamczykową i Potaczkową, a potem za zielonymi oznaczeniami docieramy do Niedźwiedzia. W dalszej kolejności kontynuujemy poniżej opisaną trasę.

A co jeśli nie trasa z punktu A do punktu B? Prosta sprawa! Pod urzędem gminy w Niedźwiedziu jest spory parking na którym można pozostawić samochód. Idziecie i w dowolnym momencie wracacie tą samą trasą do wsi :)

W Niedźwiedziu wysiadamy na przystanku przy urzędzie gminy. Vis a vis oczom ukazuje się skromna rzeźba upamiętniająca Władysława Orkana. Jeden z najwybitniejszych pisarzy okresu młodopolskiego związał swoje dorosłe życie z właśnie tą okolicą. Jego zamiłowanie do pobliskiej Poręby i ogólnie do okalających te ziemie gorczańskich szczytów do dziś pozostaje w pamięci mieszkańców. 

Spod urzędu gminy kierujemy się na wschód docierając po chwili pod kaplicę pod wezwaniem św. Sebastiana. Tam, na skrzyżowaniu, skręcamy w prawo. 

Przez około 0,5 km idziemy poboczem drogi w kierunku Koniny. Po pokonaniu tego dystansu, zgodnie z widocznymi na zdjęciu oznaczeniami, odbijamy w lewo.

Pokonujemy niewielki most nad rzeczką Koniną i zaraz za nim znów skręcamy w lewo. Dalej konsekwentnie kierujemy się ku osiedlu Stramy. Licznie ustawione znaki pomagają się nie pogubić. Wąska droga wyłożona betonowymi płytami z minuty na minutę pnie się coraz mocniej w kierunku naszego celu, a mianowicie grzbietu łączącego Witów, Spyrkową oraz Kocią Górkę.

Warto wspomnieć, że opisywana w tym wpisie trasa na niemal całym dystansie prowadzi nieoznakowanymi ścieżkami. W związku z tym dobrze zabrać ze sobą naładowany telefon z wgraną aplikacją mapy turystycznej (albo dobrze śledzić mapkę, którą zawsze umieszczam pod koniec wpisu).

Przejście osiedla Stramy zajmuje kilka minut. Kilka serdecznych "dzień dobry" później asfaltowa droga ustępuje miejsca kamykom oraz przeschniętej na amen ziemi. Z prawej strony wyłaniają się pierwsze ładniejsze widoki w kierunku Gorców. Specjalnie ich jeszcze nie wstawiam, bowiem w dalszej części włóczęgi dosłownie zamęczę Was krajobrazowymi pocztówkami.

Na rozwidleniu ponad Stramami skręcamy w prawo.

Po przekroczeniu wysokości około 650 metrów nad poziomem morza za plecami wyrasta pierwsza kapitalna panorama w kierunku Gorców. Na pierwszy plan wysuwają się ciemnozielone korony Turbaczyka oraz Basielki, a także nieco lichszy zarys Starmachów. Wiatr, nawet z sukcesem, próbuje odpędzać opary największego upału i mimo 35 stopni w dolinie idzie się całkiem przyjemnie. Jedynym wrogiem na trasie są oczywiście bąki, których największe skupiska czają się między pojedynczymi tarninami i dzikimi różami. Ich ataki potrafią być naprawdę przemyślane (na nasze nieszczęście)!

W oddali miga także kolorowa zabudowa Koniny i górujące nad nią wierzchołki Kudłonia oraz Gorca Troszackiego. Gorce pełną gębą!

Po minięciu z lewej niewielkiego zagajnika skręcamy w prawo...

...i stawiamy ostatnie kroki przed osiągnięciem pierwszego z celów tejże wędrówki. Nisko, tuż nad tą sierpniową zielenią, majestatyczne loty odbywa kilka kruków. Ich charakterystyczny głos dopełnia te fantastyczne obrazy.

W jednej z kęp tarnin odnajdujemy tabliczkę znaczącą Witów, 720 metrów nad poziomem morza. Jak już wspominałem we wstępie, góra ta oficjalnie należy do Gorców, ale z jakichś bliżej niezidentyfikowanych powodów włączono ją także do odznaki 102 Wysp Beskidu Wyspowego. I dla mnie Witów już chyba tą wyspą pozostanie... :)

P.S. Zdobywcy odznaki obowiązkowo pamiątkowe zdjęcie z tabliczką i zeskanowanie kodu QR!

Wierzchołek Witowa jest całkowicie bezleśny, co niesie ze sobą rzeczy niebywałe, piękne i powalające na kolana. Nie dziwcie się, że zatrzymywałem się tam co dosłownie drugi, trzeci krok! Panoramę Gorców już mniej więcej kojarzycie z poprzednich fotografii...

...ale z Witowa widać także zachodnie fragmenty Beskidu Wyspowego! Horyzont kreślą sylwetki (od lewej): Lubonia Wielkiego, Szczebla oraz Lubogoszczy. Patrząc na wschód można także dostrzec Mogielicę z Polaną Stumorgową oraz Wyśnikówką, a także Jasień z moją ukochaną Polaną Łąki. W tym temacie jeszcze jednak kropki nie stawiam...

Z Witowa widać także charakterystyczny zarys Babiej Góry, no coś wspaniałego!

Panoramy zachwycają, aż żal rozstawać się z Witowem i ruszać dalej. Kilka dzikich jeżynek z pnączy nieopodal tabliczki szczytowej (przed zjedzeniem koniecznie przepłukane wodą, pamiętajcie o tym!) osładzają moment do granic możliwości!

Czas jednak nagli, nawet sierpniowe popołudnie nie będzie trwać wiecznie, a jednak miło by było zdążyć z finiszem wyprawy przed nocą. Z wierzchołka Witowa wracamy się pod wspomniane rozwidlenie przy niewielkim zagajniku i tym razem odbijamy w prawo.

Przejście w kierunku widocznej nieco w oddali i z lewej Spyrkowej mija równie przyjemnie. Na prawo od trapezoidalnej Lubogoszczy wyłaniają się kopuły Cietnia, Śnieżnicy, Ćwilina, a także Ostrej z Ogorzałą.

Na rozstaju dróżek przed Spyrkową wybieramy prawą odnogę. Drzewa dadzą nam w nagrodę kilka minut porządnego cienia. Idealnie, by się schłodzić!

Mijamy wierzchołek Spyrkowej od wschodu i docieramy pod całkiem sporą sekwencję rozwidleń oraz skrzyżowań. Tutaj w prawo...

...chwilę później znowu w prawo...

...i kilka kroków dalej skręcamy w lewo! W tej okolicy mapka turystyczna z GPS-em jest zbawiennym narzędziem!

Po wszystkich zawirowaniach na rozwidleniach ścieżek oczy znów wystrzeliwują prosto do raju. Gdybym miał pokazać wszystkie zdjęcia z tego przejścia, to długość wpisu byłaby nie do pokonania! Dlatego najpierw pokażę Wam jeszcze jeden rzut na beskidzką królową, Babią Górę...

...pokażę Wam również ostatni z celów trasy, czyli o około 100 metrów niższą Kocią Górkę. Z tej perspektywy tę różnicę wysokości widać doskonale!

W pewnym momencie na chwilę nurkujemy w głąb małego lasku. Uczta dla zmysłów rozkręca się jednak na nowo po dosłownie 2-3 minutach spokojnego marszu. Ta panorama w kierunku Beskidu Wyspowego, skąpana w dobrodziejstwach złotej godziny, pozostanie w mojej głowie chyba na zawsze. Zdjęcia nigdy nie oddadzą w pełni wszystkich wrażeń, tego całego piękna, więc naprawdę... na tę wycieczkę musicie się wybrać wszyscy!

Prócz wspomnianych wyżej wysp, z lewej strony widać również zwieńczoną krzyżem milenijnym Potaczkową oraz niższe stoki Adamczykowej (która notabene stanie się bohaterką kolejnego wpisu na blogu)...

Pewnym krokiem wdrapujemy się na Kocią Górkę. Kapitalne panoramy ustępują na kilka minut prawie-toskańskim pocztówkom. No nie spodziewałem się, że lato po godzinach, spontaniczny wyjazd w Beskidy zagwarantuje 10 kilometrów i jakieś 3 godziny prawdziwej sielanki, jakby wyjętej z najjaskrawszej baśni...

Jeszcze jedna panorama? A czemu nie?! Z Kociej Górki również zachwyca! Chylące się ku horyzontowi słońce dopieszcza obraz niczym największy renesansowy maestro!

Schodząc z Kociej Górki w kierunku Mszany Górnej trzymamy się lewej strony ścieżki. W pewnym momencie dróżka, ni stąd, ni zowąd, rozdwaja się, co idzie przegapić. W tym miejscu również przyda się aplikacja z mapkami, bo naprawdę łatwo tam pomylić dobrze udeptaną miedzę z kontynuacją trasy :D

Zejście do Mszany Górnej jest chyba jedynym mankamentem całej wycieczki. Nieznaczna, ale stromizna w połączeniu ze sporymi pokładami błota umęczonymi pod kołami traktorów brzmi jak recepta na bolesną i wyjątkowo brudną wywrotkę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło... za nami kawał fantastycznej trasy!

Po niezłej próbie wytrwałości oraz posiadania oczu z tyłu głowy docieramy pod asfaltową wstęgę przecinającą osiedle Majerany w Mszanie Górnej. Maszerujemy pomiędzy domami w kierunku DW 968.

Po wyjściu z osiedla, na krzyżówce z główną drogą, skręcamy w lewo i krocząc ponad wygodnym chodnikiem wracamy do Mszany Dolnej. I tak kończy się to niezapomniane popołudnie...


Miejsce w które na pewno będę często powracać. Po prawie trzech latach wędrowania beskidzkimi szlakami myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, że już nic nie wywoła we mnie gęsiej skórki oraz załzawionych oczu. A jednak... Lato po godzinach stało się dla mnie największym dobrodziejstwem!

Koniecznie ruszajcie na tę trasę i koniecznie w kierunku Niedźwiedź-Mszana, nie odwrotnie (bo te wszystkie najpiękniejsze panoramy będą oglądać Wasze plecy)!



Szedłem w tej zgodzie z chronologią... aż do teraz. Chyba teraz rozumiecie dlaczego. Udusiłbym się nie opisując tej trasy w pierwszym możliwym terminie. Dwie wcześniejsze trasy muszą uzbroić się w cierpliwość, w końcu one też niebawem dostaną swoje "pięć minut"...


Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)
Jastrząbka (cmentarz wojenny nr 357) z Rozdziela

piątek, lipca 17, 2026

Jastrząbka (cmentarz wojenny nr 357) z Rozdziela

Cześć!

Kto albo co było adresatem najsłynniejszej frazy wyśpiewanej przez Krystynę Prońko? Kto albo co mogłoby być "lekiem na całe zło"? Szukanie u źródeł na niewiele się zda, wszak odczuwanie i interpretacja artystycznego przekazu powinny znajdować swoje ujścia we własnej, niepowtarzalnej nitce życia. Ale właściwie gdzie i do czego odnieść te cztery pozornie niepozorne słowa? Na blogu prawiącym o beskidzkich przechadzkach naturalnym będzie poszperanie tu i ówdzie ponad ciemnozielonymi stokami i sielankowymi krajobrazami wokół...
Czy górskie wyprawy mogą być lekiem na całe zło? Na wszystkie bolączki tego często jakże skomplikowanego świata? Oczywiście, że nie! Mam nadzieję, że nikt z Was tak nie uważa. Są jednak sytuacje w których taka postać osłody humorów sprawdzi się doskonale.

Szósty dzień czerwca 2026 roku zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiego sportu, a to wszystko za sprawą sensacyjnego wręcz udziału Mai Chwalińskiej w finale wielkoszlemowego Roland Garros. Postawa pierwszej kwalifikantki-finalistki w grubo ponad stuletniej historii turnieju zjednoczyła setki tysięcy Polaków, którzy tamtego dnia, po godzinie 15:00, z zapartym tchem zaczęli śledzić finałowe wymiany z Rosjanką Andreevą. W tym szerokim gronie nie mogło zabraknąć ani mnie, ani mojej dobrej przyjaciółki ze studiów. Wspólne oglądanie meczu połączone z grillem w słonecznym ogrodzie brzmiało niczym plan doskonały i takim ostatecznie był! 
Jeśli ktoś oglądał tamten mecz, to nie zdziwi się jednak gdy powiem, że mimo waleczności Mai finał zdążył się zamknąć jeszcze przed wydaniem upieczonej kiełbasy, plastrów cukinii oraz grzanek z cheddarem. Mirra Andreeva w dwóch setach przypieczętowała swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł, a serca sympatyków polskiego tenisa spowiły opary lekkiego niedosytu, ale i także, co dziwić nie powinno, wielkiej dumy. 
Roland Garros skończony, grill ugaszony, a wskazówki zegara dopiero co mijały się z godziną 17:00. Na początku czerwca taka pora to jeszcze w sumie środek dnia, więc w naszych głowach zaświtała myśl: wsiąść do samochodu i ruszyć na jakąś szybką wycieczkę w Beskid Wyspowy. W ostatnim wpisie wspominałem, że mam to szczęście, by z domu lub pracy na szlak dotrzeć nawet w mniej niż godzinę. Człowiek gdzieś się ruszy, spali ponadprogramowe kalorie ze smakowitego grilla, zobaczy ładne widoki, a jeszcze osłodzi sobie dzień po finałowej porażce... kto by z takiej możliwości nie skorzystał?! 




Cel wczesnoczerwcowej wyprawy udało się ustalić dość szybko. Spacer, bo mimo wszystko ciężko to inaczej nazwać, na wierzchołek Jastrząbki od dawna siedział w mojej głowie jako właśnie opcja na spontaniczne i ekspresowe spędzenie końcówki dnia. Gdyby nie odznaka "102 Wysp Beskidu Wyspowego" to pewnie nigdy nie dowiedziałbym się o istnieniu takiej górki w północno-wschodniej części pasma. Jej wysokość oraz pierwsze wrażenia na pewno nie powalają, ale uwierzcie mi, że ta niepozorna Jastrząbka potrafi wyciągnąć porządne asy z rękawa!


Dreptanie w kierunku Jastrząbki rozpoczynamy w miejscowości Rozdziele, na parkingu pod zabytkowym kościołem św. Jakuba Apostoła. Świątynia pochodzi z końca XV wieku, ale, co bardzo ciekawe, postawiono ją w Królówce, wsi nieopodal Nowego Wiśnicza. Po kilkuset latach, w 1986 roku, zbyt ciasną dla tamtejszej ludności budowlę przeniesiono do Rozdziela i tam służy mieszkańcom po dzień dzisiejszy.

Niezmotoryzowani mogą wykorzystać busy firmy Maxbus łączące Kraków z Żegociną, a potem Limanową. Start z przystanku "Rozdziele Górne" i podążanie zgodnie z oznaczeniami Szlaku św. Jakuba wydłuży przejście o jakieś 2 kilometry i pół godziny w jedną stronę.

Współrzędne postoju: 49.789351, 20.464845 (w mapach Google wpisać: Kościół św. Jakuba Apostoła w Rozdzielu)

Stojąc pod drewnianym kościółkiem dostrzegamy pierwsze ładniejsze widoki. Pasmo Łososińskie z Jaworzem na czele (wybrzuszenie z lewej strony zdjęcia) zapowiedziało nam kolejne przyjemne popołudnie w Beskidzie Wyspowym.

Niemłoda godzina każe nam się jednak wziąć w garść i sprawnie ruszać w kierunku wyspy. Z parkingu schodzimy do skrzyżowania z główną drogą i skręcamy w lewo.

100-200 metrów dalej opuszczamy drogę w kierunku Laskowej skręcając w lewo, zgodnie z oznaczeniem szlaku frontu wschodniego I wojny światowej. Od razu mogę zdradzić, że na Jastrząbkę nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny, więc tym razem na próżno szukać kolorowych malowideł na przydrożnych drzewach i słupach. Ponadto niemal całą długość trasy pokrywa solidna warstwa asfaltu. Takie to czasem bywają te górki Beskidu Wyspowego...

Na kolejnym rozwidleniu dróg odbijamy w prawo.

Po pokonaniu powyższego rozwidlenia sprawnym krokiem idziemy poboczem drogi w kierunku Kamionki Małej. Laski, łąki i pojedyncze gospodarstwa towarzyszą nam przez kolejny kilometr spaceru. W pewnym momencie zza horyzontu wyłania się przystanek autobusowy oraz, bezpośrednio przed nim, niewielkie skrzyżowanie. Podchodząc bliżej dostrzegamy drogowskazy kierujące na Jastrząbkę oraz podszczytowy cmentarz wojenny (o którym opowiem więcej już za chwilę). Zgodnie ze znakami skręcamy w prawo.

Jak już wspominałem, niemal na sam wierzchołek Jastrząbki prowadzi asfaltowa droga. Bez szlaku, bez prawdziwie beskidzkiego traktu trasa traci na swej atrakcyjności, a wędrówka przemienia się w wiejski spacer...

...ale w sumie, to kto takich wiejskich spacerów nie lubi? Rozkwitające dookoła lato, jeszcze młodziutka, soczysta zieleń przełamana tu i tam bujnymi czuprynami polnych kwiatów, tnące zewsząd ciepłe powietrze muczenie krów i te wszystkie malownicze krajobrazy... czegóż chcieć więcej? Jak lepiej i szybciej można sobie osłodzić samopoczucie po przegranej Mai Chwallińskiej w finale Roland Garros? Chyba się nie da!

Zza pleców wyrastają jasnozielone, skąpane w słońcu stoki Kamionki, jednego z wzniesień sąsiadującego z Jastrząbką Pasma Łopusza i Kobyły...

...z prawej strony widzimy zaś okazałą kopułę Kamionnej z charakterystycznym zarysem wieży widokowej na szczycie. Chylące się ku zachodniemu horyzontowi słońce tworzy cudowną grę świateł, ciężko odwrócić wzrok od takich promiennych obrazków.

Na jedynym skrzyżowaniu na tym odcinku skręcamy w prawo. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do jeszcze jednego rozwidlenia dróżek, ale tam, zgodnie z intuicją, odbijamy ostro w lewo.

Podejście na Jastrząbkę naprawdę potrafi zauroczyć. Nieporośnięte lasem północno-zachodnie stoki wyspy pozwalają na obserwacje Pasma Łososińskiego z Jaworzem, Sałaszem, Korabiem, Sarczynem, czy Groniem...

...królowej Beskidu Wyspowego, czyli oczywiście Mogielicy...

...a także nieco przymglonych już zarysów Łopienia oraz Ćwilina. W trzech słowach: sielsko i anielsko!

Po dłuższej chwili spędzonej na obserwacji tych okazałych panoram wchodzimy do iglastego lasu porastającego wierzchołek Jastrząbki. W tym miejscu kończy się droga asfaltowa i choć przez chwilę możemy poczuć się jak prawilni beskidzcy zdobywcy. Dosłownie kilka kroków dalej, zza zielonej gęstwiny, wyłania się teren cmentarza wojennego nr 357. Na wysokości około 530 m n.p.m. pochowano 260 żołnierzy austro-węgierskich, pruskich oraz rosyjskich, którzy na początku I wojny światowej, a konkretnie w grudniu 1914 roku, polegli w intensywnych walkach na stokach nieodległej Kobyły. Miejsce pochówku wieńczy zaprojektowana przez Gustava Ludviga drewniana kaplica. Jej walory artystyczne, z nawiązaniem do sztuki ludowej na czele, pozwoliły na umieszczenie cmentarza na "Szlaku Architektury Drewnianej". Co warto też wspomnieć, do budowy ów cmentarza wykorzystano jeńców wojennych.

Ścieżka mija cmentarz z prawej strony i prowadzi w głąb lasu. 200 metrów dalej, na rozwidleniu, wybieramy lewą odnogę.

Po zejściu z rozwidlenia rozglądamy się, tym razem z prawej strony, za najwyższym punktem w polu widzenia. Po jego zlokalizowaniu schodzimy ze ścieżki i przedzierając się pomiędzy drzewami i niskimi jeżynami szukamy tej charakterystycznej, wyspowej tabliczki.
Licząca 561 m n.p.m. Jastrząbka jest jedną z niższych gór należących do "102 Wysp Beskidu Wyspowego". Ktoś nawet wyrył na słupku podobiznę rysia, czyli symbolu odznak możliwych do zdobycia w Beskidzie Wyspowym :)

Po zdobyciu Jastrząbki wracamy tą samą trasą pod kościół w Rozdzielu.


Wyprawę na Jastrząbkę można z powodzeniem połączyć z wejściem na Łopusze (należące do Korony Beskidu Wyspowego) oraz na Kobyłę (należącą znowuż do "102 Wysp Beskidu Wyspowego"). Linki do moich opisów tych przejść pozostawiam poniżej:



Lato w pełni, trzeba korzystać z jego dobrodziejstw, nawet gdy dzień chyli się ku końcowi. Spontaniczne wypady w góry potrafią przynieść najwięcej radości!




Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)
Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

niedziela, czerwca 28, 2026

Łysa Góra i Miejska Góra z Przełęczy Molówka (Limanowa-Ski)

Cześć i czołem!

Chyba każdy przyzna mi rację, że wiosną i latem szczególnie kusi, by ruszyć na szlak albo w ogóle... ruszyć gdziekolwiek przed siebie i nacieszyć zmysły wszędobylskim pięknem natury. Możliwości zazwyczaj jest sporo: jedni żyją nieopodal mazurskiej Krainy Tysiąca Jezior, drudzy mają do dyspozycji rozległe, niezwykle malownicze i sielankowe równiny, ktoś byle kiedy wyskoczy na wyczerpujący spacer po bałtyckich plażach, a jeszcze inni, w tym ja, na wyciągnięcie ręki mają kolorowe plątaniny górskich szlaków. Majowe, czerwcowe i lipcowe dni trwają nawet po 17 godzin, więc będąc w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i organizując dobrze wolny czas długie wędrówki mogą stać się najcudniejszym elementem codzienności.

Po kilku trasach, które zdążyłem już na tym blogu opisać, raczej nikt nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie o moje ukochane pasmo górskie. Beskid Wyspowy, jeśli ktoś jeszcze by nie wiedział, skradł moje podróżnicze serce już ponad 2 lata temu i absolutnie nie zanosi się na jakiekolwiek zmiany w tym temacie. Jednym z atutów szwendania się po beskidzkich wyspach (i też jedna z rzeczy, które naszą platoniczną przyjaźń ostatecznie przypieczętowało) jest stosunkowo niewielka odległość z południa Krakowa w którym pracuję oraz z Pogórza Wielickiego na którym mieszkam. Godzina, w porywach do półtorej, w zupełności wystarczają, by dotrzeć pod niemal wszystkie góry Beskidu Wyspowego. 

Podsumowując, w sprzyjających okolicznościach, które trafiają się nawet często, wiosenno-letnie popołudnia, czy to po pracy, czy to po obiedzie lub meczu tenisowym (wkrótce pojawi się na blogu i taka opowiastka), jestem w stanie spędzić na beskidzkich szlakach. I dzisiaj pierwsza z co najmniej kilku takich tras...




Każdy, kto chociaż raz wniknął w tkankę Beskidu Wyspowego, być może natknął się na miasto o całkiem uroczej nazwie: Limanowa. Pokonując główne arterie tej kilkunastotysięcznej stolicy powiatu, ciężko przegapić dwie, całkiem wysokie i wiecznie ciemnozielone kopuły górujące nad okolicą. Jedną z nich, tą z lewej, wieńczy duży krzyż, który może przywoływać na myśl tatrzański Giewont. Czy słusznie? Na to pytanie spróbujcie sobie odpowiedzieć w dalszej części wpisu...

Nazwy opisywanej pary kolejnych wyspowych bohaterek widzicie już dobrze w tytule postu oraz na środku pierwszego ze zdjęć. Łysa oraz Miejska Góra wchodzą w skład Pasma Łososińskiego, stanowiącego północno-wschodni kraniec Beskidu Wyspowego. Tamtejszymi zboczami biegną szlaki z Limanowej, Łososiny Górnej, Laskowej oraz Skrzętli-Rojówki, których zróżnicowana długość i intensywność pozwalają na planowanie całodziennych, jak i krótszych, ale naprawdę konkretnych tras (idealnych właśnie na takie popołudniowe szaleństwo).

Trochę się rozpisałem w tym wstępie, ale już trudno! W drogę!


Zdobywanie Łysej Góry oraz Miejskiej Góry zaczynamy na Molówce, a dokładniej na przełęczy oddzielającej wspomniane wierzchołki z pozostałą częścią Pasma Łososińskiego. Samochód zostawiamy przy sporej zatoce, będącej jedną z pozostałości po niegdyś prężnie działającej stacji narciarskiej, Limanowa-Ski. Od razu mówię, że tym razem niezmotoryzowani będą mieli kłopot z dostaniem się na to konkretne miejsce startu.

Współrzędne postoju: 49.723493, 20.457658


Na Miejską Górę (a potem także i na Łysą Górę) można wejść także niebieskim szlakiem od strony centrum Limanowej. Po opis tej trasy odsyłam na mojego drugiego bloga, gdzie opisałem wszystkie trasy w ramach Korony Beskidu Wyspowego.



Opuszczając parking kierujemy się szeroką ścieżką w kierunku zachodnim. Niemal od razu w oczy rzuca się bezdrzewny pas na północnym zboczu Łysej Góry, który do końca 2024 roku pełnił rolę głównej trasy zjazdowej stacji narciarskiej Limanowa-Ski. Coraz łagodniejsze i cieplejsze zimy, a co za tym idzie coraz wyższe koszty utrzymania inwestycji, doprowadziły do zamknięcia kompleksu. W ostatnich miesiącach zdemontowano tamtejsze wyciągi, a także kolej krzesełkową, więc na wielki powrót miłośników szusowania chyba nie ma już co liczyć...

Zdawać by się mogło, że po zamknięciu stacji narciarskiej na Łysej Górze dalszy żywot tego wspomnianego powyżej bezdrzewnego pasu straci jakikolwiek sens. Jak się jednak okazuje, nic bardziej mylnego! Zaraz przed wejściem do lasu opuszczamy wygodną, dobrze ubitą drogę, by zmierzyć się z "piekielnie trudnym wejściem" i ponoć tysiącem schodów prowadzących na wierzchołek pierwszego z dwóch celów wędrówki.

"Piekielnie trudne wejście" to nic innego jak wątpliwej jakości schody biegnące stromo nachylonym stokiem w kierunku wierzchołka Łysej Góry. Czy tych schodów jest faktycznie tysiąc? Na pierwszy rzut oka raczej nie. Mimo to, podejście potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty, o czym przekonałem się na własnej skórze.

Co jakiś czas mijamy tabliczki, które w żartobliwy sposób dopingują tych wszystkich śmiałków. Ta widoczna na zdjęciu była jedną z grzeczniejszych w przekazie ;)

Wściekle łopoczące serce i wodospad potu na czole każą robić częste przerwy. Odwracając się dostrzegamy jasnozielone kształty Sarczyna (po lewej) oraz Sałasza Zachodniego (po prawej), ale też zauważamy stromiznę jaką już udało się nam pokonać!

Muszę stwierdzić, że pokonanie tych momentami powykrzywianych, powyłamywanych stopni było nie lada wyzwaniem. Pokiereszowane upływającym czasem wejście dało jasno do zrozumienia, że swoje lata młodości, swoje lata świetności ma już dawno, dawno, dawno za sobą. Ale nic, schody pokonane, idziemy dalej! Po wdrapaniu się na górny poziom dawnej stacji narciarskiej skręcamy w prawo i kierujemy się na leśną, słabo oznaczoną ścieżynkę za widocznym na zdjęciu blaszakiem.

Jakieś 100-200 metrów dalej docieramy pod tabliczkę znaczącą najwyższy punkt Łysej Góry. Wierzchołek ten znajduje się na liście odznaki "102 Wysp Beskidu Wyspowego", więc pamiętajcie zdobywcy o zeskanowaniu kodu QR i zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia z ów tabliczką.

Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i chwili przerwy na śledzenie niezwykle wdzięcznie fruwającego pazia królowej kontynuujemy przejście w kierunku Miejskiej Góry. Z pomocą żółtych oznaczeń oraz ścieżki wijącej się stromo nachylonym zboczem (po opadach tamtejsze zejście może być wyjątkowo zdradzieckie ze względu na zalegające błoto!) schodzimy na przełęcz oddzielającą obie wyspy.

Po zejściu z Łysej Góry docieramy na jedno z co najmniej kilku skrzyżowań żółtego i niebieskiego szlaku.

Na ów skrzyżowaniu idziemy prosto, zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku.

Dojście na Miejską Górę to pikuś w porównaniu z figlami płatanymi przez nieco wyższą sąsiadkę. Spokojnym i pewnym tempem pokonujemy kolejne metry i zbliżamy się do drugiego celu. Ale, ale! Za łatwo też być nie może! Powalone drzewo tylko czeka na żądnych przygód turystów ;)

Żółte oznaczenia towarzyszą nam już do samego zdobycia Miejskiej Góry.

Po wejściu na nieco szerszą dróżkę mijamy ostatnią stację drogi krzyżowej, której trasa biegnie innym fragmentem żółtego szlaku, a konkretnie od ulicy Kasprowicza w Limanowej. Wchodząc na Miejską Górę od strony centrum miasta warto tamtędy się przejść i odkryć uroki pozostałych czternastu kapliczek...

Wyjście z lasu i widoczny na horyzoncie krzyż oznaczają jedno... Miejska Góra już tuż tuż!

Przerzedzenie lasu i genialny widok na calusieńką kopułę Kostrzy zwiastują same piękne rzeczy! Na przełomie wiosny oraz lata zieleń przybiera najwspanialsze odcienie, uwielbiam ten moment w roku!

Jak się okazało, nieopodal wierzchołka Miejskiej Góry kwitną... storczyki! W momencie, gdy łąki zamieniają się w wielobarwne, kwiatowe dywany, lubię kukać to tu, to tam i odszukiwać takie perełki. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo dziko rosnących storczyków i chyba nie muszę zbyt długo opowiadać o mojej ekscytacji związanej z takim ekstra znaleziskiem! Niby mała rzecz, a mnie cieszy do teraz! A co to za gatunek konkretnie? Niby obstawiam storczyka kukawkę lub storczyka męskiego, ale specjalistą w rozpoznawaniu tych kwiatów absolutnie nie jestem!

Z uśmiechem od ucha do ucha docieramy do drugiego celu popołudniowej włóczęgi. Wierzchołek Miejskiej Góry, zwanej także Chłopską, może się poszczycić obecnością wysokiego na 37 metrów Krzyża Jubileuszowego, który od niemal 30 lat stanowi jeden z najważniejszych symboli okolicy. Historia postawienia konstrukcji wiąże się z jubileuszem roku 2000, a więc z momentem wejścia ludzkości w nowe, trzecie tysiąclecie. Od tamtego czasu Miejską Górę nazywa się także "limanowskim Giewontem".

Podstawę krzyża tworzy niewielki taras widokowy, który pozwala pozachwycać się pięknem niemal całej Limanowszczyzny i dalej Beskidu Wyspowego. Przy dobrej widoczności można dostrzec także gorczańskie oraz, co najważniejsze, tatrzańskie szczyty! Chłonięcie tych beskidzkich impresji trochę zajmuje, ale tutaj wyjątkowo nie ma gdzie się spieszyć.

Po zejściu z tarasu widokowego siadamy na jednej z kilkunastu dostępnych ławeczek pod krzyżem i na całego delektujemy się tą cudną chwilą. Wycieczka na Łysą, a potem Miejską Górę zbiega się idealnie z początkiem sezonu na polskie truskawki, więc mając co nieco w plecakach zajadamy się ze smakiem. 

Warto pamiętać, że Miejska Góra należy do Korony Beskidu Wyspowego oraz, jak poprzedniczka, do "102 Wysp Beskidu Wyspowego".

Po milszej chwili spędzonej na Miejskiej Górze nadchodzi pora na powrót do Molówki. W polu widzenia za tabliczką szczytową lokalizujemy jasnoczerwony daszek- to właśnie tam schodzi dalej żółty szlak.

Szybko opuszczamy urokliwe łączki i z powrotem wchodzimy do gęstego lasu. Słońce chowa się za koronami drzew dając nieco wytchnienia.

Cały czas kierujemy się zgodnie z oznaczeniami żółtego szlaku. Przy pierwszym rozwidleniu w lewo...

...i przy drugim także w lewo! Takim sposobem wchodzimy na szeroki leśny trakt, którym biegną aż trzy szlaki: niebieski, żółty oraz Droga św. Jakuba.

Ostatni fragment trasy wiedzie raz pod górę, raz w dół, ot taka beskidzka sinusoida. Po mniej więcej 10 minutach docieramy pod kolejne skrzyżowanie dróżek między Łysą a Miejską Górą...

...na którym idziemy prosto. Opuszczamy zatem żółte oznaczenia, pętlę pomoże nam już domknąć szlak niebieski, zdążający na tamtym odcinku w kierunku najwyższych wzniesień Pasma Łososińskiego.

Od północnego zachodu trawersujemy spore zbocza Łysej Góry. Po niedawnych ulewach dróżka nie jest w najlepszej kondycji, a mieszanka błota z luźno leżącymi kamieniami budzi większą czujność i ostrożność.

Niebieski szlak prowadzi nas prosto pod zatoczkę na której zostawiliśmy samochód. Po wyjściu z lasu rzucamy jeszcze raz okiem na pozostałości po stacji narciarskiej Limanowa-Ski oraz ledwo już widoczne schodki "piekielnie trudnego wejścia". I takie popołudnia to ja mogę mieć codziennie...



Te kilka kilometrów dalej, po dotarciu na metę wycieczki, człowiek doznaje zatrzęsienia nowych pokładów energii! Kawa? Energetyki? Cukier? Nic z tych rzeczy! Beskid Wyspowy każdą z tych opcji zmiata z planszy w ułamku sekundy ;)




Pozdrawiam i do napisania! ;)
Copyright © WYSPY BESKIDZKIEGO PRZYLĄDKA , Blogger